W ciągu ostatnich tygodni miałam okazję witać wiosnę w towarzystwie kosmetyków L'Occitane. Pierwsze z wiosennych pudełek niosło ze sobą zwiastun wiosny - zapach Red Cherry. Miałam okazję go poznać dzięki żelowi pod prysznic, nawilżającemu mleczku do ciała oraz dzięki kremowi do rąk.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żel pod prysznic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żel pod prysznic. Pokaż wszystkie posty
22 maja 2014
Wiśniowo-migdałowa wiosna z L'Occitane
W ciągu ostatnich tygodni miałam okazję witać wiosnę w towarzystwie kosmetyków L'Occitane. Pierwsze z wiosennych pudełek niosło ze sobą zwiastun wiosny - zapach Red Cherry. Miałam okazję go poznać dzięki żelowi pod prysznic, nawilżającemu mleczku do ciała oraz dzięki kremowi do rąk.
9 lutego 2014
Nietypowo owocowo, czyli produkty Isana do pielęgnacji ciała
Isana ma w swojej ofercie wiele świetnych zapachów żeli pod prysznic w super przyjaznych cenach. Sama zwróciłam na nie uwagę dość późno, ale teraz bardzo chętnie sięgam po te żele w poszukiwaniu nowych wariacji zapachowych.W paczce od firmy znalazłam kremowy żel pod prysznic masło shea i owoc pasji (czyli po prostu marakuja). Jak w przypadku innych żeli tej firmy, cena zdecydowanie zachęca do zakupu, bo jest to jedynie 3,99zł za 300ml. Jednak coś za coś - te żele wg mnie są nie do końca wydajne i dość szybko znikają z butelki, ale dramatu nie ma. Może ja po prostu lubię dozować je w dużych dawkach ;). Na plus wg mnie jest opakowanie - zgrabne, a przy tym przeźroczyste i wiem, kiedy kosmetyk zbliża się ku końcowi.
6 lutego 2014
Extra nawilżające trio od Isany - seria Isana Med z mocznikiem
"Mocznik" kiedyś był dla mnie niezbyt przyjemnie brzmiącą nazwą i z pewnością nie zachęcał do zakupu jakiegokolwiek kosmetyku. Z czasem jednak odkryłam jego cudowne właściwości nawilżające i mam spore zaufanie do produktów, które zawierają w sobie ten składnik. Rossmann wyprodukował serię kosmetyków Isana Med, w skład której wchodzą 3 kosmetyki, które mają ekstra-nawilżającą formułę, właśnie m.in. dzięki zawartości tego składnika. Sprawdzają się świetnie zwłaszcza teraz, kiedy kaloryfery (w końcu) poszły w ruch, a powietrze stało się suche.
28 listopada 2013
Akademia Zmysłów L'Occitane - La Collection de Grasse [listopad]
W listopadzie w Akademii Zmysłów L'Occitane króluje linia La Collection de Grasse. Skupia się ona na zapachach, które potrafią naprawdę zaczarować. W prym wiedzie zapach, w którym główną rolę odgrywają Złoty Kwiat i Akacja.
Zapach zawdzięczamy Karine Dubreil i pochodzi on z Grasse - ponoć najpiękniej pachnącego miasta świata, które znajduje się w regionie Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże. Zwane jest stolicą perfum, a jego perfumiarska tradycja sięga XVI wieku.
Zapach Grasse skomponowany przez Dubreil ma ilustrować koniec lata i nadchodzące uśpienie przyrody. Za nazwą złotego kwiatu kryje się mimoza, kwitnąca tam w grudniu, a towarzyszy jej delikatna akacja, której zapach przypomina aromat białych kwiatów.
Miałam przyjemność poznać ten zapach za pośrednictwem cudownego, złocistego żelu pod prysznic oraz perfurmowanego mleczka do ciała. Żel pod prysznic wygląda niczym magiczny eliksir, bowiem zatopiony jest w nim złoty pyłek. Przyznam szczerze, że buteleczki wyglądają i pachną tak pięknie, że bardzo oszczędnie dozuję sobie ich używanie. Jak dla mnie, nie jest to zapach na codzień, ale na wyjątkowe okazje, kiedy chcę się poczuć bardzo kobieco i odrobinę wytwornie.
Zapach niesie ze sobą wyraźne kwiatowe nuty, ale nie jest to nazbyt świeży, lekki zapach, ale właśnie bogaty, na swój sposób wyrafinowany. Tak pachnie elegancka, pewna siebie kobieta, a nie delikatna dziewczynka ;). Mimo, iż z jesienią i zimą kojarzą mi się np. nuty piżma czy wanilii, których tutaj brakuje, zapach wydaje się odpowiedni właśnie dla tej pory roku. Zostawiam go na wyjątkowe chwile - Święta, randkę z Narzeczonym... Rozważałam nawet zachowanie tego duetu na dzień mojego ślubu, ale jednak tego dnia chcę pachnieć czymś zupełnie nowym i wyjątkowym :).
Mleczko do ciała i żel pod prysznic zamknięte są w uroczych, prostokątnych buteleczkach, które zdobią moją łazienkę. Jedyny minus stanowi fakt, iż są one wykonane z bardzo twardego plastiku, a więc zużycie ich do końca może stanowić niemały problem...
Pisząc o listopadowym pudełku nie mogę pominąć cudownej oprawy wizualnej - świąteczne, bordowe pudełko od L'Occitane totalnie mnie urzekło i cierpię, bo nie mam pojęcia, jak mogę je zagospodarować :(.
Zapach zawdzięczamy Karine Dubreil i pochodzi on z Grasse - ponoć najpiękniej pachnącego miasta świata, które znajduje się w regionie Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże. Zwane jest stolicą perfum, a jego perfumiarska tradycja sięga XVI wieku.
Zapach Grasse skomponowany przez Dubreil ma ilustrować koniec lata i nadchodzące uśpienie przyrody. Za nazwą złotego kwiatu kryje się mimoza, kwitnąca tam w grudniu, a towarzyszy jej delikatna akacja, której zapach przypomina aromat białych kwiatów.
Miałam przyjemność poznać ten zapach za pośrednictwem cudownego, złocistego żelu pod prysznic oraz perfurmowanego mleczka do ciała. Żel pod prysznic wygląda niczym magiczny eliksir, bowiem zatopiony jest w nim złoty pyłek. Przyznam szczerze, że buteleczki wyglądają i pachną tak pięknie, że bardzo oszczędnie dozuję sobie ich używanie. Jak dla mnie, nie jest to zapach na codzień, ale na wyjątkowe okazje, kiedy chcę się poczuć bardzo kobieco i odrobinę wytwornie.
Zapach niesie ze sobą wyraźne kwiatowe nuty, ale nie jest to nazbyt świeży, lekki zapach, ale właśnie bogaty, na swój sposób wyrafinowany. Tak pachnie elegancka, pewna siebie kobieta, a nie delikatna dziewczynka ;). Mimo, iż z jesienią i zimą kojarzą mi się np. nuty piżma czy wanilii, których tutaj brakuje, zapach wydaje się odpowiedni właśnie dla tej pory roku. Zostawiam go na wyjątkowe chwile - Święta, randkę z Narzeczonym... Rozważałam nawet zachowanie tego duetu na dzień mojego ślubu, ale jednak tego dnia chcę pachnieć czymś zupełnie nowym i wyjątkowym :).
Mleczko do ciała i żel pod prysznic zamknięte są w uroczych, prostokątnych buteleczkach, które zdobią moją łazienkę. Jedyny minus stanowi fakt, iż są one wykonane z bardzo twardego plastiku, a więc zużycie ich do końca może stanowić niemały problem...
Pisząc o listopadowym pudełku nie mogę pominąć cudownej oprawy wizualnej - świąteczne, bordowe pudełko od L'Occitane totalnie mnie urzekło i cierpię, bo nie mam pojęcia, jak mogę je zagospodarować :(.
18 listopada 2013
Denko 4/2013
Muszę przyznać, że ostatnio zużywanie kosmetyków idzie mi o wiele lepiej, niż ich kupowanie ;). Może to kwestia zmiany priorytetów, kiedy trzeba się powoli samemu utrzymywać, a może po prostu "wyrosłam" z kupowania co popadnie.
Muszę przyznać, że z zawartości swojej toaletki i łazienki jestem zadowolona i rzadko jest tak, że chcę kupić coś w drogerii, a brakuje mi pieniędzy. Kupuję to, czego mi brakuje, co jest potrzebne, a wyjątek od reguły stanowią jedynie lakiery do paznokci, które kupuję wedle zachcianek ;) (ale staram się ograniczać!). Koniec jednak z zachciankowym kupowaniem peelingów, balsamów, maseł, błyszczyków, szminek, cieni do powiek itd. Przyszło samo, bezboleśnie ;). Ewentualnie raz na kilka długich tygodni kupię sobie coś z kolorówki dla przyjemności, tak jak było to np. z Tatuażami Maybelline, ale w takim wypadku czekam na naprawdę fajną promocję.
Tyle na temat moich postępów w ogarnianiu kosmetycznego nadmiaru i drodze w stronę minimalizmu. Czas na kolejne denko!
Balea - szampon do włosów i odżywka z mango i aloesem - ten duet nie przypadł mi do gustu. Zapach mnie nie powalił, szampon był dość rzadki, ale fakt faktem - dobrze mył. Jednak odżywkę zużyłam w bólach, jest dla mnie za mało treściwa i bardzo mało dawała moim włosom, rozpieszczonym solidniejszymi produktami. Wiem, że wiele blogerek duet ten uwielbia, ja jednak z ulgą przyjęłam moment, kiedy w końcu te dwie butelki sięgnęły dna.
PS: Teraz używam duetu kokosowego i jest o niebo lepszy, uwielbiam!
Balea - żele pod prysznic Hawaii Pineapple i Brazil Mango - super na lato, bardzo się z nimi polubiłam, ale cieszę się, że znalazło się miejsce na bardziej otulające zapachy,a letnie owocki idą do kosza. Więcej o żelach tutaj.
Avon - podkład rozświetlająco-antystresowy, odcień Ivory - kupiłam go w styczniu na fajnej promocji, z sentymentu, z myślą o mieszaniu ze zdecydowanie za ciężkim dla mnie Revlonem. Bardzo go lubię, nie wykluczam, że wrócę do niego od czasu do czasu (o ile będę miała dostęp do Avonu). Moja siostra i mama zużyły chyba dziesiątki buteleczek tego produktu, kiedy Avon był dość modny ;).
Hean - baza pod cienie do powiek Stay On - bardzo dobry produkt, lubiłam jej konsystencję i właściwości. Nie dałam rady zużyć jej do końca przed upływem daty ważności (z którego to powodu poszła do kosza). Chętnie kupię ponownie.
Essence - LE Crazy About Colour - lakier do paznokci kupiony wieki temu, to chyba jeden z moich pierwszych lakierów :D. Zrobił się glutowaty i nie cierpiałam go zmywać, bo całe palce farbował na zielono.
Topcoat Seche Vite - ukochany topcoat, zużyłam niemal do dna, dzięki ratowaniu go Seche Restore.
Lady Speed Stick - dezodorant w sztyfcie o zapachu Wild Fresia - jakoś lubię dezodoranty tej marki. Dobrze chronią, ładnie pachną, choć akurat z wersją w sztyfcie się nie polubiłam - sztyft lubił się łamać i kruszyć, poza tym osadzał się strasznie na staniku i bluzkach.
Balea - krem do rąk Beautiful Berries - lekki, całkiem dobrze nawilżający, o cudownym zapachu!
Balea - 1-minutowa kuracja nawilżająca(?) mango i aloes - zdecydowanie lepsza od odżywki, dla mnie to po prostu ulepszona wersja odżywki. Chwila na włosach sprawiała, że były miękkie i lejące.
Cleanic - rumiankowe chusteczki do higieny intymnej - co tu dużo pisać, bardzo je lubię, nie podrażniają i odświeżają.
Magic Foot Peel - zabieg zrobiłam jeszcze pod koniec sierpnia. Efektami jestem zachwycona, ale sama nie uwieczniłam ich na zdjęciach i na blogu, bo chyba wszystko o tym produkcie zostało już napisane ;). Dołączam się do zachwytów, efekty są genialne! Marzy mi się jeszcze jedna para na przyszłoroczne wakacje, ale cena jest zaporowa, niestety :(. Chyba kupię jakiś tańszy odpowiednik na eBay'u lub Allegro.
AA Wrażliwa Natura, krem pod oczy - bardzo go lubię, ale raczej na lato i na dzień, teraz szukam czegoś treściwszego. Recenzja tutaj.
Lirene, peeling drobnoziarnisty wygładzająco-oczyszczający - świetny peeling, bardzo go polubiłam, recenzja tutaj. Pewnie do niego wrócę.
BeBeauty, płyn micelarny do demakijażu i tonizacji twarzy i oczu - kupiłam go z dużym opóźnieniem, kiedy krążyły pogłoski o jego wycofaniu. Świetny produkt za małe pieniądze, pod koniec opakowania zrobiłam sobie z niego dwufazówkę dolewając oliwki Babydream i w takiej wersji spodobał mi się jeszcze bardziej :D.
BeBeauty, delikatny żel-krem łagodzący do mycia twarzy - kupiłam jako alternatywę dla mojego ukochanego żelu z AA (klik). Miałam napisać recenzję, ale jakoś nie mogłam się do tego zabrać... żel całkiem dobrze mył, nie podrażnił mnie (a akurat żele do mycia podrażniają mnie baaardzo często), ale - no właśnie, jest jedno jak dla mnie duże ALE - jego zapach był dla mnie nie do zniesienia. Bardzo mocny, sztuczny i wcale nie przyjemny, jak dla mnie. Wracam do AA Help.
Facelle, płyn do higieny intymnej Sensitive - zużyłam do zmywania olei z włosów, całkiem dobrze się sprawdził, ale bardzo przypomina mi po prostu szampon Babydream, więc wróciłam do Babydreama ;)
Isana, kremowy balsam do ciała z olejkiem arganowym - bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, może do niego wrócę (choć pewnie będę wolała testować nowości ;)). Recenzja tutaj.
Woda różana - kupiłam ją dawno temu na Allegro, nawet nie wiem, jakiej jest firmy... Bardzo ją polubiłam, uwielbiam nią tonizować skórę i odświeżać twarz rano. Jak tylko nadarzy się okazja, kupię ponownie.
Luksja, płyny do kąpieli Caramel Waffle i Lemon Pie - uwielbiam, cudowne zapachy, niesamowite umilacze kąpieli :). Niewielka ilość wystarczy do wytworzenia średniej ilości piany (osobiście nie lubię za dużo bąbelków). Na pewno będę do nich wracać! Obecnie używam jagodowej muffinki z tej serii, ale jest wg mnie zdecydowanie gorsza, wafelek karmelowy to faworyt ;)
To by było na tyle, znowu uzbierało się tego dużo, co niezmiernie mnie cieszy :).
Muszę przyznać, że z zawartości swojej toaletki i łazienki jestem zadowolona i rzadko jest tak, że chcę kupić coś w drogerii, a brakuje mi pieniędzy. Kupuję to, czego mi brakuje, co jest potrzebne, a wyjątek od reguły stanowią jedynie lakiery do paznokci, które kupuję wedle zachcianek ;) (ale staram się ograniczać!). Koniec jednak z zachciankowym kupowaniem peelingów, balsamów, maseł, błyszczyków, szminek, cieni do powiek itd. Przyszło samo, bezboleśnie ;). Ewentualnie raz na kilka długich tygodni kupię sobie coś z kolorówki dla przyjemności, tak jak było to np. z Tatuażami Maybelline, ale w takim wypadku czekam na naprawdę fajną promocję.
Tyle na temat moich postępów w ogarnianiu kosmetycznego nadmiaru i drodze w stronę minimalizmu. Czas na kolejne denko!
Balea - szampon do włosów i odżywka z mango i aloesem - ten duet nie przypadł mi do gustu. Zapach mnie nie powalił, szampon był dość rzadki, ale fakt faktem - dobrze mył. Jednak odżywkę zużyłam w bólach, jest dla mnie za mało treściwa i bardzo mało dawała moim włosom, rozpieszczonym solidniejszymi produktami. Wiem, że wiele blogerek duet ten uwielbia, ja jednak z ulgą przyjęłam moment, kiedy w końcu te dwie butelki sięgnęły dna.
PS: Teraz używam duetu kokosowego i jest o niebo lepszy, uwielbiam!
Balea - żele pod prysznic Hawaii Pineapple i Brazil Mango - super na lato, bardzo się z nimi polubiłam, ale cieszę się, że znalazło się miejsce na bardziej otulające zapachy,a letnie owocki idą do kosza. Więcej o żelach tutaj.
Avon - podkład rozświetlająco-antystresowy, odcień Ivory - kupiłam go w styczniu na fajnej promocji, z sentymentu, z myślą o mieszaniu ze zdecydowanie za ciężkim dla mnie Revlonem. Bardzo go lubię, nie wykluczam, że wrócę do niego od czasu do czasu (o ile będę miała dostęp do Avonu). Moja siostra i mama zużyły chyba dziesiątki buteleczek tego produktu, kiedy Avon był dość modny ;).
Hean - baza pod cienie do powiek Stay On - bardzo dobry produkt, lubiłam jej konsystencję i właściwości. Nie dałam rady zużyć jej do końca przed upływem daty ważności (z którego to powodu poszła do kosza). Chętnie kupię ponownie.
Essence - LE Crazy About Colour - lakier do paznokci kupiony wieki temu, to chyba jeden z moich pierwszych lakierów :D. Zrobił się glutowaty i nie cierpiałam go zmywać, bo całe palce farbował na zielono.
Topcoat Seche Vite - ukochany topcoat, zużyłam niemal do dna, dzięki ratowaniu go Seche Restore.
Lady Speed Stick - dezodorant w sztyfcie o zapachu Wild Fresia - jakoś lubię dezodoranty tej marki. Dobrze chronią, ładnie pachną, choć akurat z wersją w sztyfcie się nie polubiłam - sztyft lubił się łamać i kruszyć, poza tym osadzał się strasznie na staniku i bluzkach.
Balea - krem do rąk Beautiful Berries - lekki, całkiem dobrze nawilżający, o cudownym zapachu!
Balea - 1-minutowa kuracja nawilżająca(?) mango i aloes - zdecydowanie lepsza od odżywki, dla mnie to po prostu ulepszona wersja odżywki. Chwila na włosach sprawiała, że były miękkie i lejące.
Cleanic - rumiankowe chusteczki do higieny intymnej - co tu dużo pisać, bardzo je lubię, nie podrażniają i odświeżają.
Magic Foot Peel - zabieg zrobiłam jeszcze pod koniec sierpnia. Efektami jestem zachwycona, ale sama nie uwieczniłam ich na zdjęciach i na blogu, bo chyba wszystko o tym produkcie zostało już napisane ;). Dołączam się do zachwytów, efekty są genialne! Marzy mi się jeszcze jedna para na przyszłoroczne wakacje, ale cena jest zaporowa, niestety :(. Chyba kupię jakiś tańszy odpowiednik na eBay'u lub Allegro.
AA Wrażliwa Natura, krem pod oczy - bardzo go lubię, ale raczej na lato i na dzień, teraz szukam czegoś treściwszego. Recenzja tutaj.
Lirene, peeling drobnoziarnisty wygładzająco-oczyszczający - świetny peeling, bardzo go polubiłam, recenzja tutaj. Pewnie do niego wrócę.
BeBeauty, płyn micelarny do demakijażu i tonizacji twarzy i oczu - kupiłam go z dużym opóźnieniem, kiedy krążyły pogłoski o jego wycofaniu. Świetny produkt za małe pieniądze, pod koniec opakowania zrobiłam sobie z niego dwufazówkę dolewając oliwki Babydream i w takiej wersji spodobał mi się jeszcze bardziej :D.
BeBeauty, delikatny żel-krem łagodzący do mycia twarzy - kupiłam jako alternatywę dla mojego ukochanego żelu z AA (klik). Miałam napisać recenzję, ale jakoś nie mogłam się do tego zabrać... żel całkiem dobrze mył, nie podrażnił mnie (a akurat żele do mycia podrażniają mnie baaardzo często), ale - no właśnie, jest jedno jak dla mnie duże ALE - jego zapach był dla mnie nie do zniesienia. Bardzo mocny, sztuczny i wcale nie przyjemny, jak dla mnie. Wracam do AA Help.
Facelle, płyn do higieny intymnej Sensitive - zużyłam do zmywania olei z włosów, całkiem dobrze się sprawdził, ale bardzo przypomina mi po prostu szampon Babydream, więc wróciłam do Babydreama ;)
Isana, kremowy balsam do ciała z olejkiem arganowym - bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, może do niego wrócę (choć pewnie będę wolała testować nowości ;)). Recenzja tutaj.
Woda różana - kupiłam ją dawno temu na Allegro, nawet nie wiem, jakiej jest firmy... Bardzo ją polubiłam, uwielbiam nią tonizować skórę i odświeżać twarz rano. Jak tylko nadarzy się okazja, kupię ponownie.
Luksja, płyny do kąpieli Caramel Waffle i Lemon Pie - uwielbiam, cudowne zapachy, niesamowite umilacze kąpieli :). Niewielka ilość wystarczy do wytworzenia średniej ilości piany (osobiście nie lubię za dużo bąbelków). Na pewno będę do nich wracać! Obecnie używam jagodowej muffinki z tej serii, ale jest wg mnie zdecydowanie gorsza, wafelek karmelowy to faworyt ;)
To by było na tyle, znowu uzbierało się tego dużo, co niezmiernie mnie cieszy :).
Etykiety:
Avon,
balsam do ciała,
BeBeauty,
krem pod oczy,
Luksja,
płyn do higieny intymnej,
płyn do kąpieli,
płyn micelarny,
podkład,
projekt denko,
woda różana,
żel do twarzy,
żel pod prysznic
17 września 2013
Denko 3/2013
Pogoda jest tragiczna, a mnie samą powoli rozkłada jakieś małe przeziębienie - pewnie efekt przewiania na sobotnim weselu. Tymczasem mam dla Was kolejne duże denko. Ostatnio denkowanie idzie mi całkiem sprawnie, za to przystopowałam z zakupami, z czego bardzo się cieszę. Na początku blogowania wydawanie pieniędzy na kosmetyki szło mi baaardzo lekką ręką, teraz myślę nad niemal każdym zakupem i prawie nigdy nie kupuję czegoś bez promocji lub po prostu jeśli coś jest mi zbędne. Jestem z siebie dumna :)
Na pierwszy ogień dwie rzeczy z kolorówki:
- Podkład Revlon Colorstay - kupiłam go dzięki promocji na Grouponie, niestety mój odcień okazał się dla mnie ciut za ciemny i długi czas musiałam go mieszać z jasnymi podkładami, z kolei w lecie podkład był dla mnie za ciężki. Rozumiem jego fenomen, ale ja jednak wolę nieco inną formułę podkładów.
- Tusz Max Factor 2000 Calorie - kolejny kultowy produkt, którego miałam przyjemność używać po raz pierwszy. Kupiłam go rok temu na promocji w SP za 10zł i długo czekał na swoją kolej ;). Na początku mnie nie zachwycił, a później im był starszy, tym lepszy. Efekt jaki dawał określiłabym jako naturalne, mocne podkreślenie, coś w sam raz na co dzień.
- Isana, zmywacz do paznokci - mój ideał, zużyłam dziesiątki butelek i będę kupowała nadal.
- Rexona, dezodorant Crystal Diamond - byłam wierna dezodorantom w kulce lub sztyfcie, ten kupiłam ze względu na fajną promocję. Całkiem dobry ;)
- Babydream, oliwka dla dzieci - jest u mnie zawsze obecna, dawniej używałam do olejowania włosów, teraz do zmywania makijażu, peelingu kawowego, nawilżania ciała czy łagodzenia skóry po depilacji woskiem.
- Altera, olejek migdał i papaja - kolejny must-have, uwielbiam jego zapach i właściwości, dzięki olejowaniu tym produktem paznokci moje paznokcie osiągnęły stan niemal idealny. Więcej tutaj.
- Colgate, pasta do zębów - pojawiła się tutaj w zasadzie przypadkiem, pasta jak to pasta ;).
- Nić dentystyczna Oral B Pro Expert - w zasadzie może i nie powinno jej tutaj być, ale to zdecydowanie najlepsza nić dentystyczna, jakiej kiedykolwiek używałam. Różni się od innych w pozytywny sposób.
- Balea, krem do rąk z masłem shea i olejkiem arganowym - bardzo fajny krem na co dzień do używania "na szybko", więcej tutaj.
- Kamill, krem do rąk Hand Repair - kupiłam na promocji w SP za niecałe 10zł, bardzo treściwy i dobry krem dobry do stosowania na noc.
- Ziaja, krem do twarzy masło kakaowe - kupiłam za grosze podczas promocji w Rossmannie. Jest dość tłusty i treściwy, ale ma świetny zapach i moja skóra go polubiła. Chętnie kupię ponownie, bo w tej cenie to produkt niemal idealny ;).
- Cien, krem do rąk z migdałami i masłem shea - znów produkt kupiony za grosze w Lidlu. Zerknęłam na skład podczas zakupów i dość pozytywnie się zaskoczyłam, bo faktycznie widnieje w nim olejek z migdałów i masło shea. Bardzo dobry krem :).
- Alterra, peeling pod prysznic kwiat pomarańczy i brązowy cukier - dla mnie bubelek, więcej tutaj.
- Wellness&Beauty, peeling do ciała algi morskie i minerały - jak dla mnie prawie ideał, końcówkę trzymałam "na specjalne okazje" i dopiero ostatnio przypomniałam sobie, że warto go w końcu zużyć ;). Więcej tutaj.
- Paloma, peeling do dłoni - dla niektórych peeling do dłoni to fanaberia, ja jednak uwielbiam ten kosmetyk i chętnie kupię go ponownie, jak na niego trafię. Podobnie jak z tym powyżej, trzymałam końcówkę, bo po prostu żal było mi go wykończyć ;). Więcej tutaj.
- Balea, szampon do włosów z mango i aloesem - bardzo fajny szampon, obecnie zużywam drugą butelkę. Jednak dla mnie większość szamponów jest w porządku, jakiś musi mi naprawdę robić krzywdę, żebym zauważyła różnicę między produktami ;).
- Garnier, odżywka z awokado i masłem karite - bardzo dobra odżywka, choć dla mnie nie zdetronizuje Nivei Long Repair. Recenzja będzie wkrótce :).
- Decubal, pianka do mycia twarzy - świetny produkt, więcej tutaj.
- Nivea, balsam pod prysznic - dostałam próbkę podczas zakupów w SP i rozumiem fenomen tego produktu :). To bardzo fajna opcja dla leniwców i na lato, może kiedyś kupię pełnowymiarowe opakowanie, najpierw jednak muszę zużyć ogromne zapasy balsamów, jakie mam ;).
- Balea, żel pod prysznic figi i czekolada - bardzo fajny żel, choć zapach nie wszystkim odpowiada, ja się jednak z nim polubiłam. A żele Balea uwielbiam :). Więcej tutaj.
- Nivea for Men, żel pod prysznic Muscle Relax - zużyty przez Narzeczonego, fajnie pachniał i wystarczył na bardzo długo ;).
- Isana Med, żel pod prysznic z olejkiem pomarańczowym - bardzo fajny żel, zostawiał skórę nawilżoną i miał bardzo oryginalny, wakacyjny zapach. Więcej tutaj.
- Clear Men, przeciwłupieżowy szampon do włosów - kolejny produkt Narzeczonego, który niestety boryka się z łupieżem. Szampon na początku stosowania działał fantastycznie, teraz raz działa lepiej, raz gorzej, ale ciągle to najlepszy szampon przeciwłupieżowy, jakiego używał TŻ. To druga zużyta butelka, w łazience jest już trzecia.
I to by było na tyle. Nie spodziewałam się tak obszernego denka, jednak cieszy mnie ono i liczę na to, że kolejne znów będzie tak obfite :).
Etykiety:
Alterra,
babydream,
Balea,
krem do rąk,
Nivea,
odżywka do włosów,
olej,
olejek,
oliwka,
peeling do ciała,
podkład,
projekt denko,
Revlon,
szampon do włosów,
tusz do rzęs,
Ziaja,
żel pod prysznic
15 sierpnia 2013
Żele pod prysznic Balea - raj dla zmysłów! :) Hawajski ananas, brazylijskie mango i czekolada z figami
Jeszcze niedawno należałam do osób, które nie miały w swojej łazience nic z dobroci DMu. Jednak ten stan zaczął się u mnie stopniowo odmieniać i w obecnie jakieś 80% kosmetyków w mojej łazience to Balea właśnie! :)
Najpierw wygrałam jeden balsam do ciała w rozdaniu, później kupiłam sobie kilka kosmetyków na Allegro (możecie zerknąć tutaj), później wygrałam zestaw żel + balsam na fanpage'u Kokardi, a nie tak dawno temu Enka rozpieściła mnie cudowną paką, jaką udało mi się wygrać w rozdaniu. Patrzcie, jakie skarby były w środku:
Większość z nich oczekuje grzecznie na swoją kolej w łazienkowej szafce. W ruch jednak poszły żele pod prysznic o absolutnie cudownych zapachach. W sumie obecnie pod prysznicem stoją u mnie 3 opakowania żeli pod prysznic Balea i właśnie o nich mam zamiar napisać dzisiaj kilka słów.
Żele mają nieco większą pojemność 300ml. Wszystkie opakowania mają ten sam, nieco prostokątno-trapezowy kształt. Z pewnością przyciągają uwagę śliczną stroną graficzną - są bardzo kolorowe i naprawdę estetycznie się prezentują, wizualizując przy okazji swoją zawartość pod kątem zapachu. Wszystkie żele mają fajną, żelowo-kremową konsystencję. Nie jest zbyt rzadka, ani zbyt gęsta i dobrze się pieni. Nie przesuszają skóry. A co najważniejsze... zabójczo pachną!
Figi i czekolada - żel pochodzi chyba z jednej z edycji limitowanych, więc nie wiem, czy można go jeszcze dostać. Ma cudowny zapach - czekoladowy, ale połączenie z figami daje inny efekt, niż w większości "czekoladowych" kosmetyków. Dla mnie jest to czekolada, ale raczej gorzka, niż mleczna, doprawiona nieoczywistą nutą fig. Mam także balsam do ciała z tej serii i użycie duetu sprawia, że zapach utrzymuje się naprawdę długo. Latem wolę bardziej owocowe zapachy, ale cieszę się, że mam zachomikowaną jeszcze jedną butelkę - będzie na jesień! Jest to cudowna słodycz, ale absolutnie nie przesłodzona :).
Hawajski ananas - ten żel i jego brat o zapachu mango, to znów chyba edycja limitowana na tegoroczne wakacje. Obydwa są absolutnie cudowne! Uwielbiam używać ich po porannym treningu, bo nastrajają pozytywnie na resztę dnia. Zapach jest naprawdę apetyczny i przypomina prawdziwego ananasa. Nie wyczuwam w nim chemii. Jest słodki i intensywny, ale przy tym energetyczny. Niestety, nie wyczuwam kokosa, który ponoć znajduje się w tej kompozycji zapachowej. Jednak i tak uwielbiam ten zapach :).
Brazylijskie mango - szczerze powiedziawszy, mango chyba w życiu nie jadłam i jego zapach znam tylko z produktów o tym zapachu. W sumie, trochę się go obawiałam, albowiem do tej pory miałam do czynienia raczej z bardzo chemicznymi i sztucznymi zapachami mango, które mnie odpychały. Nie w tym przypadku! Podobnie jak u ananasowego brata, żel pachnie energetycznie i absolutnie soczyście. Poprawia humor i przez niego mam ochotę spróbować tego owocu... :). Chyba nawet wygrywa u mnie w rywalizacji z ananasem!
Podsumowując, ja tam żele Balei baaardzo polubiłam. Czasami wolę zrobić odskocznię i użyć np. bardziej kremowego żelu lub po prostu czegoś bardziej neutralnego zapachowo. Jednak te żele mają wiele plusów, które sprawią, że chętnie sięgnę po kolejne edycje zapachowe. Cudowne zapachy, świetna szata graficzna, niska cena, fajna konsystencja i piana, brak wysuszenia... Czego chcieć więcej :).
Najpierw wygrałam jeden balsam do ciała w rozdaniu, później kupiłam sobie kilka kosmetyków na Allegro (możecie zerknąć tutaj), później wygrałam zestaw żel + balsam na fanpage'u Kokardi, a nie tak dawno temu Enka rozpieściła mnie cudowną paką, jaką udało mi się wygrać w rozdaniu. Patrzcie, jakie skarby były w środku:
Większość z nich oczekuje grzecznie na swoją kolej w łazienkowej szafce. W ruch jednak poszły żele pod prysznic o absolutnie cudownych zapachach. W sumie obecnie pod prysznicem stoją u mnie 3 opakowania żeli pod prysznic Balea i właśnie o nich mam zamiar napisać dzisiaj kilka słów.
Żele mają nieco większą pojemność 300ml. Wszystkie opakowania mają ten sam, nieco prostokątno-trapezowy kształt. Z pewnością przyciągają uwagę śliczną stroną graficzną - są bardzo kolorowe i naprawdę estetycznie się prezentują, wizualizując przy okazji swoją zawartość pod kątem zapachu. Wszystkie żele mają fajną, żelowo-kremową konsystencję. Nie jest zbyt rzadka, ani zbyt gęsta i dobrze się pieni. Nie przesuszają skóry. A co najważniejsze... zabójczo pachną!
Figi i czekolada - żel pochodzi chyba z jednej z edycji limitowanych, więc nie wiem, czy można go jeszcze dostać. Ma cudowny zapach - czekoladowy, ale połączenie z figami daje inny efekt, niż w większości "czekoladowych" kosmetyków. Dla mnie jest to czekolada, ale raczej gorzka, niż mleczna, doprawiona nieoczywistą nutą fig. Mam także balsam do ciała z tej serii i użycie duetu sprawia, że zapach utrzymuje się naprawdę długo. Latem wolę bardziej owocowe zapachy, ale cieszę się, że mam zachomikowaną jeszcze jedną butelkę - będzie na jesień! Jest to cudowna słodycz, ale absolutnie nie przesłodzona :).
Hawajski ananas - ten żel i jego brat o zapachu mango, to znów chyba edycja limitowana na tegoroczne wakacje. Obydwa są absolutnie cudowne! Uwielbiam używać ich po porannym treningu, bo nastrajają pozytywnie na resztę dnia. Zapach jest naprawdę apetyczny i przypomina prawdziwego ananasa. Nie wyczuwam w nim chemii. Jest słodki i intensywny, ale przy tym energetyczny. Niestety, nie wyczuwam kokosa, który ponoć znajduje się w tej kompozycji zapachowej. Jednak i tak uwielbiam ten zapach :).
Brazylijskie mango - szczerze powiedziawszy, mango chyba w życiu nie jadłam i jego zapach znam tylko z produktów o tym zapachu. W sumie, trochę się go obawiałam, albowiem do tej pory miałam do czynienia raczej z bardzo chemicznymi i sztucznymi zapachami mango, które mnie odpychały. Nie w tym przypadku! Podobnie jak u ananasowego brata, żel pachnie energetycznie i absolutnie soczyście. Poprawia humor i przez niego mam ochotę spróbować tego owocu... :). Chyba nawet wygrywa u mnie w rywalizacji z ananasem!
Podsumowując, ja tam żele Balei baaardzo polubiłam. Czasami wolę zrobić odskocznię i użyć np. bardziej kremowego żelu lub po prostu czegoś bardziej neutralnego zapachowo. Jednak te żele mają wiele plusów, które sprawią, że chętnie sięgnę po kolejne edycje zapachowe. Cudowne zapachy, świetna szata graficzna, niska cena, fajna konsystencja i piana, brak wysuszenia... Czego chcieć więcej :).
23 lipca 2013
Joanna Sensual - żel pod prysznic i balsam do ciała z proteinami jedwabnymi
Jakiś czas temu otrzymałam od firmy Joanna kolejne produkty do testów - tym razem zestaw w skład którego wchodziły kremowy żel pod prysznic i balsam do ciała, obydwa z serii Sensual zawierającej proteiny jedwabne.
Najpierw zacznę od cech wspólnych. Obydwa produkty mają posobny design opakowania - butelka jest przeźroczysta, dzięki czemu widzimy ile kosmetyku nam jeszcze pozostało, co ja osobiście lubię. Kolor obydwu produktów jest jasnoróżowy, co w połączeniu z etykietami w podobnej kolorystyce prezentuje się całkiem ładnie. Obydwa produkty mają taki sam zapach, który jest wyraźnie wyczuwalny i nie do końca możliwy do opisania - kremowy, słodkawy, może nieco kwiatowy. Po zastosowaniu tego duetu dość długo utrzymuje się na skórze.
Przechodząc konkretnie do żelu pod prysznic, zaskoczyła mnie jego duża pojemność - butla mieści bowiem 500ml kosmetyku. To bardzo dużo i biorąc pod uwagę to, że mnie samej zużycie standardowej pojemności 250ml zajmuje trochę czasu, nie wiem, kiedy zużyję ten żel :D. Ma fajną, gęstą, nieco kremową konsystencję. Żel bardzo dobrze się pieni i myje ciało. Nałożony na gąbkę wytwarza całkiem sporo kremowej piany, co osobiście bardzo lubię. Sam żel jednak nie nawilża skóry, ale jej także nie przesusza. Ze względu na jego zapach chętnie zostawiłabym go sobie na bardziej chłodne miesiące.
Balsam do ciała ma działanie wygładzająco-ochronne i zalecany jest do stosowania na skórę wymagającą i szorstką. Moja skóra na szczęście ostatnimi czasy nie jest zbytnio kapryśna, ale dobre nawilżenie nigdy nie zaszkodzi :). Balsam ma już bardziej standardową pojemność 200g. Ma stosunkowo gęstą konsystencję i czasami trudno wydobyć go z opakowania - trzymam go cały czas na zakrętce, żeby balsam samoczynnie spływał na dół. Jednak ja takie gęste konsystencje lubię, więc dla mnie nie jest to wada produktu.
Mimo panujących wysokich temperatur, balsam przyjemnie się rozprowadza i stosunkowo szybko wchłania - nie mam uczucia lepkości czy brudu, jak to zdarza mi się przy innych balsamach stosowanych w upały. Pomimo tego, bardzo fajnie nawilża skórę i faktycznie pozostawia na niej pewną warstwę wygładzająco-ochronną - nie jest to żaden tłusty film, ale pewna subtelna powłoka, która sprawia, że skóra jest gładka i rozpieszczona. Balsam pozytywnie mnie zaskoczył i z chęcią zużyję go do końca, jednak ma jak dla mnie jedną wadę - wydaje mi się dość mało wydajny i szybko znika z butelki, ale może po prostu ja smaruję się nim wyjątkowo obficie ;).
Najpierw zacznę od cech wspólnych. Obydwa produkty mają posobny design opakowania - butelka jest przeźroczysta, dzięki czemu widzimy ile kosmetyku nam jeszcze pozostało, co ja osobiście lubię. Kolor obydwu produktów jest jasnoróżowy, co w połączeniu z etykietami w podobnej kolorystyce prezentuje się całkiem ładnie. Obydwa produkty mają taki sam zapach, który jest wyraźnie wyczuwalny i nie do końca możliwy do opisania - kremowy, słodkawy, może nieco kwiatowy. Po zastosowaniu tego duetu dość długo utrzymuje się na skórze.
Przechodząc konkretnie do żelu pod prysznic, zaskoczyła mnie jego duża pojemność - butla mieści bowiem 500ml kosmetyku. To bardzo dużo i biorąc pod uwagę to, że mnie samej zużycie standardowej pojemności 250ml zajmuje trochę czasu, nie wiem, kiedy zużyję ten żel :D. Ma fajną, gęstą, nieco kremową konsystencję. Żel bardzo dobrze się pieni i myje ciało. Nałożony na gąbkę wytwarza całkiem sporo kremowej piany, co osobiście bardzo lubię. Sam żel jednak nie nawilża skóry, ale jej także nie przesusza. Ze względu na jego zapach chętnie zostawiłabym go sobie na bardziej chłodne miesiące.
Balsam do ciała ma działanie wygładzająco-ochronne i zalecany jest do stosowania na skórę wymagającą i szorstką. Moja skóra na szczęście ostatnimi czasy nie jest zbytnio kapryśna, ale dobre nawilżenie nigdy nie zaszkodzi :). Balsam ma już bardziej standardową pojemność 200g. Ma stosunkowo gęstą konsystencję i czasami trudno wydobyć go z opakowania - trzymam go cały czas na zakrętce, żeby balsam samoczynnie spływał na dół. Jednak ja takie gęste konsystencje lubię, więc dla mnie nie jest to wada produktu.
Mimo panujących wysokich temperatur, balsam przyjemnie się rozprowadza i stosunkowo szybko wchłania - nie mam uczucia lepkości czy brudu, jak to zdarza mi się przy innych balsamach stosowanych w upały. Pomimo tego, bardzo fajnie nawilża skórę i faktycznie pozostawia na niej pewną warstwę wygładzająco-ochronną - nie jest to żaden tłusty film, ale pewna subtelna powłoka, która sprawia, że skóra jest gładka i rozpieszczona. Balsam pozytywnie mnie zaskoczył i z chęcią zużyję go do końca, jednak ma jak dla mnie jedną wadę - wydaje mi się dość mało wydajny i szybko znika z butelki, ale może po prostu ja smaruję się nim wyjątkowo obficie ;).
12 lipca 2013
Czysta przyjemność od Isana Med i Alterry
Na sam koniec recenzowania wiosennej paczki Rossmanna, mam dla Was recenzję żelu pod prysznic Isana Med oraz mydełka w kostce Alterra. Obydwa produkty przypadły mi do gustu, choć nie wiem, czy kupię je ponownie. Dlaczego - o tym niżej.
Na pierwszy ogień kilka zdań na temat żelu pod prysznic Isana Med z olejkiem pomarańczowym. Sporo dziewczyn opisywało już ten kosmetyk na swoich blogach, więc ja dorzucę jedynie kilka groszy od siebie ;). Żel od strony wizualnej nie zachwyca, to raczej ten typ, na który w normalnych warunkach nie zwróciłybyśmy uwagi w drogerii. Butelka jest dość ascetyczna, biała, z napisami po niemiecku i niewielką grafiką. Cena jest przyjazna, bo wynosi 5,79zł za 250ml.
Zawartość prezentuje się już korzystniej. Żel ma standardową, jak dla takiego produktu formułę. Kolor półprzeźroczysty, o lekko pomarańczowym zabarwieniu. To, co wyróżnia ten produkt to zdecydowanie zapach. Nie spotkałam się z takimi nutami w żadnym innym kosmetyku - żel ma intensywny, owocowy zapach, mnie kojarzy się z dzieciństwem i napojami pomarańczowo-multiwitaminowymi. Niestety, jest dla mojego nosa odrobinkę chemiczny, ale nadal apetyczny :). Co do właściwości myjących, nie mogę na nic narzekać. Żel całkiem dobrze się pieni, dobrze myje i nie przesusza naskórka.
Wątpię, żebym kupiła go ponownie, bo jednak ten zapach nie trafia w 100% w moje gusta, ale wiem, że wiele z innych blogerek zapach zachwycił, więc warto spróbować na sobie :).
Drugi produkt to mydło w kostce Alterra o zapachu konwalii. Osobiście należę zdecydowanie do grupy zwolenników mydła w płynie. Z chęcią jednak przetestowałam to mydełko, bo mam duże zaufanie do Alterry, ponadto słyszałam o tych mydłach dużo dobrego. I faktycznie, to mydło wydaje mi się nieco lepsze od innych mydeł w kostce. Fajnie się pieni i jest bardzo aksamitne w użyciu. Dobrze myje i nie przesusza skóry. Często po użyciu mydeł w kostce miałam nieprzyjemne uczucie na skórze, która wołała o krem do rąk, tutaj tego nie ma. Co do zapachu, jest on dla mnie neutralny - lekko kwiatowy, ale niestety nie powalająco konwaliowy (uwielbiam zapach tych kwiatów), i wyczuwam w nim odrobinę takiego typowo mydlanego zapachu. Jednak to mydełko działa na moje dłonie lepiej niż niejedno mydło w płynie, więc z przyjemnością je zużyję. Jednak ze względu na komfort używania - mydło w płynie z pompką jest dla mnie jednak wygodniejsze i bardziej estetyczne - raczej nie kupię go ponownie.
Przy okazji przypominam Wam o konkursie, jaki organizuję na blogu we współpracy z marką Rossmann. Na razie jeszcze nikt się do niego nie zgłosił, więc macie duuuże szanse na wygraną ;). Na zgłoszenia czekam do końca lipca!
PS: Przepraszam za nieco słabsze zdjęcia, ale pogoda strzela focha...
19 kwietnia 2013
Mini-recenzje mini-produktów...
...i wszystko jasne ;). Na temat słynnej współpracy z firmą L'Occitane zostało powiedziane już chyba wszystko. Ja również odczułam może nie tyle niesmak, ale raczej rozczarowanie - wolałabym naprawdę dostać jedną pełnowymiarową tubkę kremu do rąk, niż 5 miniaturek, każda (może poza mydełkiem i perfumami) na kilka użyć... Musiałam się mocno pilnować, żeby nie zużyć kosmetyków, zanim znajdę czas, żeby zrobić im zdjęcia :P.
Tyle słowem wstępu, mimo wszystko z zainteresowaniem "testowałam", a raczej "wypróbowałam" kosmetyki L'Occitane i poniżej kilka moich uwag na ich temat:
Najbardziej ciekawa byłam chyba kultowego już kremu do rąk z masłem shea. Wielkość tego produktu rozwaliła mnie najbardziej, bo wystarcza na ok. 4-5 aplikacji, no ale... mogłam się przynajmniej obejść smakiem ;). Krem ma gęstą konsystencję, która przy rozprowadzaniu bardzo fajnie otula dłonie. Ręce po zastosowaniu kremu są mięciutkie i nawilżone. Z racji na wielkość próbki, używałam go tylko na noc, więc ciężko ocenić mi, jak długo taki efekt się utrzymuje (np. czy znika po umyciu rąk). Zapach też przypadł mi bardzo do gustu, jest lekko wyczuwalny i kremowy.
Krem do twarzy Immortelle zauroczył mnie nieco rozmiarem słoiczka i samą stroną estetyczną. Nazwa sugeruje, że krem zapewni nam "nieśmiertelność", co mnie mocno rozbawiło, co za odwaga w nazewnictwie! ;) Jest to krem na noc, z tego co się orientuję, przeciwzmarszczkowy. Zmarszczek na szczęście póki co nie mam, ale krem bardzo fajnie nawilża, jest mocno odżywczy i w sumie się z nim polubiłam. Minusem jak dla mnie jest zapach - jakiś taki... bardzo ziołowy, mnie się kojarzy z pietruszką(sic!), Narzeczonemu z syropem na kaszel. Dodatkowy minus to wydłubywanie go z tego mini słoiczka - 50% kremu ląduje pod paznokciami. Krem mnie zaintrygował i chętnie dałabym mu szansę, gdy moja skóra będzie już "dojrzała" (oby to szybko nie nadeszło :D).
W żelu pod prysznic Verbena zauroczył mnie zapach. Przed otwarciem go nie miałam pojęcia, jak pachnie werbena, ale spodobało mi się! Zapach jest lekki, nieco orzeźwiający, ale nie jest to takie typowe "cytrusowe orzeźwienie". Lubię używać go po treningu, bo cudownie odświeża. Niestety, jak na moje gusta jest mało wydajny - na gąbkę muszę nałożyć go dość sporo (50ml wystarczy mi na ok. 6 myć? Na razie mam za sobą 3 użycia, a pół buteleczki prawie nie ma...), a nawet mimo tej ilości żel dość słabo się pieni, czego nie lubię. Jednak za zapach ma u mnie duuuży plus. Wydaje mi się też, że nie wysusza zbyt mocno, ale nawilżenia też nie odczułam.
Mydełko z masłem shea za to mnie rozczarowało. Muszę zacząć od tego, że w ogóle jestem "dzieckiem mydła w płynie" i odkąd pamiętam u nas w domu używało się raczej mydła w płynie. Mydła w kostkach nawet lubię, gdyby nie to, że mydelniczka i jej okolica po 2 myciach rąk wygląda jak pobojowisko i bardzo ciężko uniknąć rozmiękczenia mydła. Ale nie o tym miało być. Cóż, mydełko L'Occitane ma naturalny skład i masło shea, więc wydaje się bardzo obiecujące - jednak podczas mycia rąk nie widzę żadnej różnicy pomiędzy tym mydełkiem a zwykłym Arko czy innym. Z "kostkowych" to już chyba wolę mydło Dove. Mydełko L'Occitane lekko się pieni, dobrze myje, ale skóry nie odżywia czy nawilża - i tak po umyciu ręce proszą się o krem do rąk. Zapach na dłoniach utrzymuje się dość długo, niestety - kostka niby pachnie ładnie i kremowo, ale po umyciu rąk zostawia zapach typowego... mydła. Próbowałam nawet wykrzesać coś więcej z tego mydła i użyć go do twarzy - skończyło się to wielką klapą, nie polecam :P. Jedyny plus jest taki, że właściwie nie piekło w oczy - może jedynie odrobinkę.
Na sam koniec zostawiłam smaczek, jakim jest miniaturka perfum Pivoine Flora, czyli Peonia. Uwielbiam piwonie, to chyba mój ulubiony kwiat, a na pewno jeden z ulubionych. Zapach perfum jest kwiatowy, dość intensywny i długo utrzymuje się na skórze. Mnie osobiście przypadł do gustu, ale nie będą to też moje ulubione perfumy - pachną ślicznie, ale tak... jednoznacznie, mam nadzieję, że rozumiecie ;). Po prostu poza kwiatem piwonii (a może to mieszanka jakichś kwiatów?) ciężko wyłapać mi jakiekolwiek inne nuty zapachowe, zapach raczej się nie "rozwija" - od chwili po nałożeniu, do ostatniego wyczuwalnego momentu pachnie dla mnie tak samo.
Tyle słowem wstępu, mimo wszystko z zainteresowaniem "testowałam", a raczej "wypróbowałam" kosmetyki L'Occitane i poniżej kilka moich uwag na ich temat:
Najbardziej ciekawa byłam chyba kultowego już kremu do rąk z masłem shea. Wielkość tego produktu rozwaliła mnie najbardziej, bo wystarcza na ok. 4-5 aplikacji, no ale... mogłam się przynajmniej obejść smakiem ;). Krem ma gęstą konsystencję, która przy rozprowadzaniu bardzo fajnie otula dłonie. Ręce po zastosowaniu kremu są mięciutkie i nawilżone. Z racji na wielkość próbki, używałam go tylko na noc, więc ciężko ocenić mi, jak długo taki efekt się utrzymuje (np. czy znika po umyciu rąk). Zapach też przypadł mi bardzo do gustu, jest lekko wyczuwalny i kremowy.
Krem do twarzy Immortelle zauroczył mnie nieco rozmiarem słoiczka i samą stroną estetyczną. Nazwa sugeruje, że krem zapewni nam "nieśmiertelność", co mnie mocno rozbawiło, co za odwaga w nazewnictwie! ;) Jest to krem na noc, z tego co się orientuję, przeciwzmarszczkowy. Zmarszczek na szczęście póki co nie mam, ale krem bardzo fajnie nawilża, jest mocno odżywczy i w sumie się z nim polubiłam. Minusem jak dla mnie jest zapach - jakiś taki... bardzo ziołowy, mnie się kojarzy z pietruszką(sic!), Narzeczonemu z syropem na kaszel. Dodatkowy minus to wydłubywanie go z tego mini słoiczka - 50% kremu ląduje pod paznokciami. Krem mnie zaintrygował i chętnie dałabym mu szansę, gdy moja skóra będzie już "dojrzała" (oby to szybko nie nadeszło :D).
W żelu pod prysznic Verbena zauroczył mnie zapach. Przed otwarciem go nie miałam pojęcia, jak pachnie werbena, ale spodobało mi się! Zapach jest lekki, nieco orzeźwiający, ale nie jest to takie typowe "cytrusowe orzeźwienie". Lubię używać go po treningu, bo cudownie odświeża. Niestety, jak na moje gusta jest mało wydajny - na gąbkę muszę nałożyć go dość sporo (50ml wystarczy mi na ok. 6 myć? Na razie mam za sobą 3 użycia, a pół buteleczki prawie nie ma...), a nawet mimo tej ilości żel dość słabo się pieni, czego nie lubię. Jednak za zapach ma u mnie duuuży plus. Wydaje mi się też, że nie wysusza zbyt mocno, ale nawilżenia też nie odczułam.
Mydełko z masłem shea za to mnie rozczarowało. Muszę zacząć od tego, że w ogóle jestem "dzieckiem mydła w płynie" i odkąd pamiętam u nas w domu używało się raczej mydła w płynie. Mydła w kostkach nawet lubię, gdyby nie to, że mydelniczka i jej okolica po 2 myciach rąk wygląda jak pobojowisko i bardzo ciężko uniknąć rozmiękczenia mydła. Ale nie o tym miało być. Cóż, mydełko L'Occitane ma naturalny skład i masło shea, więc wydaje się bardzo obiecujące - jednak podczas mycia rąk nie widzę żadnej różnicy pomiędzy tym mydełkiem a zwykłym Arko czy innym. Z "kostkowych" to już chyba wolę mydło Dove. Mydełko L'Occitane lekko się pieni, dobrze myje, ale skóry nie odżywia czy nawilża - i tak po umyciu ręce proszą się o krem do rąk. Zapach na dłoniach utrzymuje się dość długo, niestety - kostka niby pachnie ładnie i kremowo, ale po umyciu rąk zostawia zapach typowego... mydła. Próbowałam nawet wykrzesać coś więcej z tego mydła i użyć go do twarzy - skończyło się to wielką klapą, nie polecam :P. Jedyny plus jest taki, że właściwie nie piekło w oczy - może jedynie odrobinkę.
Na sam koniec zostawiłam smaczek, jakim jest miniaturka perfum Pivoine Flora, czyli Peonia. Uwielbiam piwonie, to chyba mój ulubiony kwiat, a na pewno jeden z ulubionych. Zapach perfum jest kwiatowy, dość intensywny i długo utrzymuje się na skórze. Mnie osobiście przypadł do gustu, ale nie będą to też moje ulubione perfumy - pachną ślicznie, ale tak... jednoznacznie, mam nadzieję, że rozumiecie ;). Po prostu poza kwiatem piwonii (a może to mieszanka jakichś kwiatów?) ciężko wyłapać mi jakiekolwiek inne nuty zapachowe, zapach raczej się nie "rozwija" - od chwili po nałożeniu, do ostatniego wyczuwalnego momentu pachnie dla mnie tak samo.
12 kwietnia 2013
Rossmann przyniósł trochę wiosny :)
Wczoraj za sprawą Rossmanna przywędrowało do mnie trochę wiosny :) To trzecia już paczka otrzymana w ramach współpracy z tą firmą i chyba ta spodobała mi się najbardziej, choć w każdej z dotychczasowych paczek znalazła się jakaś perełka... Może ta zachwyciła mnie wyjątkowo swoją oprawą, no bo popatrzcie same:
Po rozpakowaniu ogromnej, białej koperty z logiem Rossmanna, moim oczom ukazała się pokaźna lniana(?) torba, robiąca bardzo fajne wrażenie "ekologicznej" :). Na pewno przyda się na zakupy, wydaje mi się, że będzie fajna też na jakiś piknik czy nad plażę :). A co było w środku?
Z wnętrza torby nieśmiało wyglądały do mnie opakowania produktów, zakopane wśród zielonej, papierowej "trawy", jak ja to nazywam :). Tym razem postanowiłam zrobić sobie niespodziankę i nie czytać wcześniej, co otrzymam do testów - frajda, jak przy otwieraniu prezentu :).
W paczce czekały na mnie:
Zawartość paczki bardzo mnie ucieszyła, bo są to produkty, które najnormalniej w świecie są mi potrzebne i na pewno każdy znajdzie zastosowanie. Co prawda balsamów do ciała i żeli pod prysznic uzbierało mi się ostatnio sporo, ale są to produkty notorycznie przeze mnie używane i na pewno nie będą bezużyteczne. Biorę się do testów!
Po rozpakowaniu ogromnej, białej koperty z logiem Rossmanna, moim oczom ukazała się pokaźna lniana(?) torba, robiąca bardzo fajne wrażenie "ekologicznej" :). Na pewno przyda się na zakupy, wydaje mi się, że będzie fajna też na jakiś piknik czy nad plażę :). A co było w środku?
Z wnętrza torby nieśmiało wyglądały do mnie opakowania produktów, zakopane wśród zielonej, papierowej "trawy", jak ja to nazywam :). Tym razem postanowiłam zrobić sobie niespodziankę i nie czytać wcześniej, co otrzymam do testów - frajda, jak przy otwieraniu prezentu :).
W paczce czekały na mnie:
- Isana Med żel pod prysznic z olejkiem pomarańczowym - przepięknie pachnie!
- Alterra peeling pod prysznic pomarańcza i cukier trzcinowy - super, moje obecne peelingi właśnie mi się skończyły, miałam w planach kupić, więc jak znalazł!
- Isana kremowy balsam do ciała z olejkiem arganowym - olejek arganowy brzmi bardzo obiecująco!
- Fusswohl masło do stóp - pachnie trochę jak pasta do zębów :D. Ale na pewno się przyda, bo od dwóch miesięcy w końcu regularnie dbam o nawilżanie stóp, a mój obecny krem powoli się kończy.
- Alterra mydło w kostce konwalia - dużo dobrego o tych mydełkach słyszałam, chętnie przetestuję.
- Isana pianka do włosów ultra mocna - raczej nie stosuję kosmetyków do stylizacji włosów, ale jak nie ja, to moja Mama na pewno z chęcią piankę przetestuje.
Zawartość paczki bardzo mnie ucieszyła, bo są to produkty, które najnormalniej w świecie są mi potrzebne i na pewno każdy znajdzie zastosowanie. Co prawda balsamów do ciała i żeli pod prysznic uzbierało mi się ostatnio sporo, ale są to produkty notorycznie przeze mnie używane i na pewno nie będą bezużyteczne. Biorę się do testów!
8 kwietnia 2013
Decubal cz. II - czysta przyjemność, czyli pianka do mycia twarzy i olejek pod prysznic i do kąpieli
Znów zniknęłam, znów mam winowajcę - tym razem praca licencjacka... Jutro jednak mam zamiar oddać drugi rozdział, a wtedy pozostaje już "tylko" trzeci - do którego, przypominam, będę Was potrzebować ;). W kwietniu na blogu pewnie pojawi się link do ankiety przeprowadzanej w ramach moich badań blogosfery i współprac, mam nadzieję, że nadal jesteście gotowe pomóc :).
Tymczasem jednak kolejne recenzje produktów Decubal - kolejne dwa bardzo dobre produkty, tym razem myjące - pianka do twarzy i olejek pod prysznic/do kąpieli.
Zacznę od nawilżającej pianki do mycia twarzy, czyli po prostu Decubal Face Wash. Wydaje mi się, że o tym produkcie zrobiło się już nieco głośno, bo chyba większość z recenzujących dziewczyn była z niego bardzo zadowolona, ja również jestem :).
Opakowanie pianki jest dość standardowe jak na pianki do mycia twarzy, ale estetyczne i minimalistyczne. Dzięki przeźroczystej butelce widać, ile jeszcze produktu nam zostało. Pianka ma pojemność 150ml, ale jest bardzo wydajna - stosuję dwie pompki przy każdym demakijażu od około miesiąca, a zużyłam dopiero ok. 1/3 opakowania.
Produkt ma formę pianki, która pozytywnie zaskakuje - nie znika i nie spływa z twarzy w niewiadomych okolicznościach, jest dość gęsta i bardzo fajnie myje się nią twarz, daje takie aksamitne uczucie na skórze. Ten produkt też faktycznie jest właściwie bezzapachowy, może odrobinę wyczuwalna jest jakaś delikatna nuta, ale nie jest to zapach ani trochę narzucający się, bo nawet nie potrafię go przywołać w głowie.
I najważniejsze, czyli samo działanie - do umycia twarzy używam dwóch pompek produktu, co całkowicie wystarcza - być może wystarczyłaby i jedna, ale wolę więcej, niż mniej ;). Dokonuję z jej pomocą demakijażu, zmywając również makijaż oczu.Nie zawsze poradzi sobie z mocniejszym makijażem, ale wtedy pomagam sobie dodatkowym płynem do demakijażu oczu. Pianka nie podrażnia, bardzo dobre myje - naprawdę, zaskakująco dobrze, jak na piankę - skóra po umyciu jest przyjemna i nie mam uczucia ściągnięcia. Nie wiem, czy produkt nawilża, bo zawsze i tak stosuję krem nawilżający, ale na pewno też nie wysusza. Kolejny fantastyczny kosmetyk!
Drugi na dzisiaj kosmetyk to Decubal Shower & Bath Oil, czyli olejek pod prysznic i do kąpieli. Kosmetyk dostajemy w butelce o pojemności 200ml z bardzo wygodnym zamknięciem. Do opakowania dołączona jest mała saszetka z aromatem zapachowym - sam olejek jest całkowicie bezzapachowy, ale możemy dodać do niego saszetkę zapachową o zapachu grejpfrutowym, co ja uczyniłam. Zapach jest delikatny i lekko orzeźwiający.
Olejku można używać dwojako - najpierw przetestowałam go jako dodatek do kąpieli. Niestety, trzeba nalać go dość sporo, zapach szybko się ulatnia, słabo się pieni... Jednak skóra po takiej kąpieli jest wyraźnie nawilżona i dopieszczona.
Pełnię swoich możliwości olejek uwalnia, kiedy stosujemy go jako produkt do mycia ciała. Ślicznie pachnie na skórze (choć zapach nie utrzymuje się po kąpieli), dobrze myje, nałożony na gąbkę wytwarza wystarczającą ilość piany, a co najważniejsze, cudownie otula i nawilża skórę... Bardzo się z nim polubiłam i z chęcią go stosuję, kiedy czuję, że moja skóra jest nieco bardziej przesuszona. Po takim umyciu ciała nie odczuwam już potrzeby nakładania dodatkowych balsamów po kąpieli. Decubal po raz kolejny się wykazał, choć nie wiem, czy kupię olejek ponownie - mimo wszystkich atutów, chyba wolę zwykłe żele pod prysznic.
Tymczasem jednak kolejne recenzje produktów Decubal - kolejne dwa bardzo dobre produkty, tym razem myjące - pianka do twarzy i olejek pod prysznic/do kąpieli.
Zacznę od nawilżającej pianki do mycia twarzy, czyli po prostu Decubal Face Wash. Wydaje mi się, że o tym produkcie zrobiło się już nieco głośno, bo chyba większość z recenzujących dziewczyn była z niego bardzo zadowolona, ja również jestem :).
Opakowanie pianki jest dość standardowe jak na pianki do mycia twarzy, ale estetyczne i minimalistyczne. Dzięki przeźroczystej butelce widać, ile jeszcze produktu nam zostało. Pianka ma pojemność 150ml, ale jest bardzo wydajna - stosuję dwie pompki przy każdym demakijażu od około miesiąca, a zużyłam dopiero ok. 1/3 opakowania.
Produkt ma formę pianki, która pozytywnie zaskakuje - nie znika i nie spływa z twarzy w niewiadomych okolicznościach, jest dość gęsta i bardzo fajnie myje się nią twarz, daje takie aksamitne uczucie na skórze. Ten produkt też faktycznie jest właściwie bezzapachowy, może odrobinę wyczuwalna jest jakaś delikatna nuta, ale nie jest to zapach ani trochę narzucający się, bo nawet nie potrafię go przywołać w głowie.
I najważniejsze, czyli samo działanie - do umycia twarzy używam dwóch pompek produktu, co całkowicie wystarcza - być może wystarczyłaby i jedna, ale wolę więcej, niż mniej ;). Dokonuję z jej pomocą demakijażu, zmywając również makijaż oczu.Nie zawsze poradzi sobie z mocniejszym makijażem, ale wtedy pomagam sobie dodatkowym płynem do demakijażu oczu. Pianka nie podrażnia, bardzo dobre myje - naprawdę, zaskakująco dobrze, jak na piankę - skóra po umyciu jest przyjemna i nie mam uczucia ściągnięcia. Nie wiem, czy produkt nawilża, bo zawsze i tak stosuję krem nawilżający, ale na pewno też nie wysusza. Kolejny fantastyczny kosmetyk!
Drugi na dzisiaj kosmetyk to Decubal Shower & Bath Oil, czyli olejek pod prysznic i do kąpieli. Kosmetyk dostajemy w butelce o pojemności 200ml z bardzo wygodnym zamknięciem. Do opakowania dołączona jest mała saszetka z aromatem zapachowym - sam olejek jest całkowicie bezzapachowy, ale możemy dodać do niego saszetkę zapachową o zapachu grejpfrutowym, co ja uczyniłam. Zapach jest delikatny i lekko orzeźwiający.
Olejku można używać dwojako - najpierw przetestowałam go jako dodatek do kąpieli. Niestety, trzeba nalać go dość sporo, zapach szybko się ulatnia, słabo się pieni... Jednak skóra po takiej kąpieli jest wyraźnie nawilżona i dopieszczona.
Pełnię swoich możliwości olejek uwalnia, kiedy stosujemy go jako produkt do mycia ciała. Ślicznie pachnie na skórze (choć zapach nie utrzymuje się po kąpieli), dobrze myje, nałożony na gąbkę wytwarza wystarczającą ilość piany, a co najważniejsze, cudownie otula i nawilża skórę... Bardzo się z nim polubiłam i z chęcią go stosuję, kiedy czuję, że moja skóra jest nieco bardziej przesuszona. Po takim umyciu ciała nie odczuwam już potrzeby nakładania dodatkowych balsamów po kąpieli. Decubal po raz kolejny się wykazał, choć nie wiem, czy kupię olejek ponownie - mimo wszystkich atutów, chyba wolę zwykłe żele pod prysznic.
13 marca 2013
Kolejne nowości, czyli paczki i zakupy z zeszłego tygodnia
W ostatnim tygodniu wydałam stanowczo za dużo pieniędzy w stosunku do tego, ile miałam na koncie :P. Na szczęście Narzeczony i Mama jak zawsze służyli "pomocą", co pozwoliło mi nieco zaszaleć zakupowo ;). Odkryłam, że w mojej okolicy otworzyli Pepco (hip hip hurra!), poza tym urządziłyśmy z Mamą dwa zakupowe wypady, a takie sytuacje zwykle kończą się nadprogramowymi zakupami... ;).
Na zdjęciach pokażę Wam jedynie moje kosmetyczne łupy, bo tych też oczywiście nie brakowało.
W zeszłym tygodniu również i do mnie dotarł koszyczek od L'Occitane. Nic więcej na jego pisać na razie nie będę, bo chyba wszystko zostało już powiedziane. Biorę się do testów i pewnie za jakiś czas opublikuję posta z mini-recenzjami mini-produktów.
Z okazji Dnia Kobiet i otwarcia sklepu Perelki.eu, skusiłam się z Siostrą na promocję na suche szampony Batiste - -20% na szampony. Od dawna mnie te szampony kusiły, ale było mi żal dopłacać za przesyłkę, a ta promocja sprawiła, że zakup stał się bardziej opłacalny. Dla siebie wzięłam wersję Lace i Tropical, moja Siostra wybrała Fresh, a do tego dostałam gratis mniejszą wersję Cherry. Dziś szampon poszedł pierwszy raz w ruch i utwierdziło mnie to w przekonaniu, że to był dobry zakup ;).
Dokonałam też małej wymianki z Sajjidaą. Wybrałam dla siebie 20ml zapach Yves Rocher ananasowo-kokosowy - będzie świetny na lato oraz... kolejny żel Balei, Peachy Rose - bo żele nigdy się nie zmarnują :).
Tydzień temu zajrzałam też do Rossmanna, gdzie na promocji po 7,99zł były płyny do kąpieli Luksja, które ostatnio zdominowały blogi ;). Uwielbiam słodkie zapachy "do zjedzenia" i moim łupem padły dwa: karmelowy wafelek i ciasto cytrynowe. Ten drugi kupiłam bardziej z myślą o Narzeczonym, bo on słodkości nie lubi, za to cytrynowe słodycze są wyjątkiem ;). Obydwa zapachy są obłędne, choć do mnie bardziej trafia karmelowy. Szkoda tylko, że przy dodaniu do wody, zapachy nieco tracą na intensywności :(.
Przy okazji zakupów w Pepco, skusiłam się na lakier Sally Hansen z serii Salon Manicure - były po 10zł, a ten kolor wpadł mi w oko - w sklepie wyglądał na ciekawy, metaliczny fiolet. To nr 330 - Pedal to the Metal - i niestety na paznokciach już nie wygląda tak ładnie i traci swoją fioletową nutę.
Poza kosmetykami, w zeszłym tygodniu w moje ręce trafiło jeszcze mnóstwo skarbów z ww. Pepco - toż to raj, szczególnie w fazie urządzania mieszkania! Kupiłam firanko-zasłonki, jak zaprojektowane do naszego salonu - turkusowo-brązowo-beżowe, może pokażę je Wam jak już zawisną - na razie muszą iść do skrócenia, urocze limonkowe miseczki (pod kolor kuchni z zielonymi akcentami ;)), doniczkę za całe 1,99zł na prymulki, które dostałam od Taty na Dzień Kobiet, turkusową podkładkę na stolik w salonie, kilka przyborów i akcesoriów kuchennych, troszkę bielizny, 2 pary kolczyków po 1,49zł, spodnie dresowe do biegania (które to bieganie mam zamiar rozpocząć w przyszłym tygodniu), podkoszulkę i uroczą bluzkę z kotkami za 10zł ;). Poszalałam w Pepco zostawiając mini-fortunę, ale każda z tych rzeczy osobno była naprawdę tania i mniej lub bardziej, z naciskiem na bardziej, potrzebna.
Poza tym odwiedziłam też Lidla, ponieważ w sobotę wchodziła gazetka sportowa. Niestety, okazało się, że zakupy o 11 to już za późno i to, na co czekałam najbardziej - bluzy sportowe, z myślą o bieganiu - były już strasznie mocno przebrane... Chciałam niebieską S, a zostały same czarne w rozmiarach M i L... Cóż, trudno, wzięłam czarną M - najwyżej pójdzie do zwężenia, mam nadzieję też, że nie będzie za bardzo przyciągała promieni słonecznych. Poza tym kupiłam też opaskę na ramię na komórkę, która także przyda się przy bieganiu oraz 3 słoiki masła orzechowego crunchy - z "tygodnia amerykańskiego" - kupiłam w środę jeden słoik, a w sobotę kolejne 2 - to masło jest po prostu p r z e p y s z n e, zajadamy się z Narzeczonym jak głupki i nakupiliśmy na zapas :D.
Na przechadzce po galerii handlowej z Narzeczonym kupiłam sobie jeszcze opaskę do biegania - wielofunkcyjną, zarówno na szyję, jak i na głowę, z bardzo fajnego materiału - w outlecie Tchibo.
Na zakupach z Mamą kupiłam natomiast na wyprzedaży torebkę z C&A - beżowo-szarą, średniego rozmiaru, za całe 34,90zł ;). Oprócz tego mierzyłam też kurtkę skórzaną z kolekcji Cindy Crawford (chyba...) i się w niej absolutnie zakochałam, jest jak dla mnie kurtką idealną, ale w chwili obecnej niestety nie mogę sobie pozwolić na zakup kurtki za 399zł... :(.
I to by było na tyle... Wiem, poszalałam strasznie i co gorsza, nawet nie wiem kiedy to wszystko trafiło do mojego domu! :P Po prostu jakoś "samo się kupowało", a mnie pozostaje czekać na kolejne stypendium i mieć nadzieję, że już się opanuję ;).
PS: Wiem, trochę poszalałam z zakupami "biegowymi", ale cóż, to troszkę zwiększa motywację, a ja naprawdę mam w planach zacząć biegać od przyszłego poniedziałku. Fakt, nieco zawaliłam, mimo postanowień przed- i noworocznych - od września nie ćwiczyłam prawie wcale. W zeszłym tygodniu byłam przeziębiona, od niedzieli na razie ćwiczę intensywnie w domu, bo pogoda jest bardzo zdradliwa, a ja ledwo się wykurowałam z przeziębienia. Ale plan treningowy jest gotowy i od przyszłego poniedziałku rozpoczynam swoją przygodę z bieganiem :). Jak wytrwam według mojej rozpiski (treningi po 30min 4 razy w tygodniu), sprawię sobie buty biegowe - już mam nawet jedne upatrzone ;).
PS2: Po ponad dwóch latach męczarni z Netią, w końcu mam nowy internet! 4mb zamiast poprzednich 0,5-1,5mb (Netia miała nam dać 2mb, ale w praktyce to było najczęściej pół w porywach do jednego...). Boże, co za ulga! :D
Na zdjęciach pokażę Wam jedynie moje kosmetyczne łupy, bo tych też oczywiście nie brakowało.
W zeszłym tygodniu również i do mnie dotarł koszyczek od L'Occitane. Nic więcej na jego pisać na razie nie będę, bo chyba wszystko zostało już powiedziane. Biorę się do testów i pewnie za jakiś czas opublikuję posta z mini-recenzjami mini-produktów.
Z okazji Dnia Kobiet i otwarcia sklepu Perelki.eu, skusiłam się z Siostrą na promocję na suche szampony Batiste - -20% na szampony. Od dawna mnie te szampony kusiły, ale było mi żal dopłacać za przesyłkę, a ta promocja sprawiła, że zakup stał się bardziej opłacalny. Dla siebie wzięłam wersję Lace i Tropical, moja Siostra wybrała Fresh, a do tego dostałam gratis mniejszą wersję Cherry. Dziś szampon poszedł pierwszy raz w ruch i utwierdziło mnie to w przekonaniu, że to był dobry zakup ;).
Dokonałam też małej wymianki z Sajjidaą. Wybrałam dla siebie 20ml zapach Yves Rocher ananasowo-kokosowy - będzie świetny na lato oraz... kolejny żel Balei, Peachy Rose - bo żele nigdy się nie zmarnują :).
Tydzień temu zajrzałam też do Rossmanna, gdzie na promocji po 7,99zł były płyny do kąpieli Luksja, które ostatnio zdominowały blogi ;). Uwielbiam słodkie zapachy "do zjedzenia" i moim łupem padły dwa: karmelowy wafelek i ciasto cytrynowe. Ten drugi kupiłam bardziej z myślą o Narzeczonym, bo on słodkości nie lubi, za to cytrynowe słodycze są wyjątkiem ;). Obydwa zapachy są obłędne, choć do mnie bardziej trafia karmelowy. Szkoda tylko, że przy dodaniu do wody, zapachy nieco tracą na intensywności :(.
Przy okazji zakupów w Pepco, skusiłam się na lakier Sally Hansen z serii Salon Manicure - były po 10zł, a ten kolor wpadł mi w oko - w sklepie wyglądał na ciekawy, metaliczny fiolet. To nr 330 - Pedal to the Metal - i niestety na paznokciach już nie wygląda tak ładnie i traci swoją fioletową nutę.
Poza kosmetykami, w zeszłym tygodniu w moje ręce trafiło jeszcze mnóstwo skarbów z ww. Pepco - toż to raj, szczególnie w fazie urządzania mieszkania! Kupiłam firanko-zasłonki, jak zaprojektowane do naszego salonu - turkusowo-brązowo-beżowe, może pokażę je Wam jak już zawisną - na razie muszą iść do skrócenia, urocze limonkowe miseczki (pod kolor kuchni z zielonymi akcentami ;)), doniczkę za całe 1,99zł na prymulki, które dostałam od Taty na Dzień Kobiet, turkusową podkładkę na stolik w salonie, kilka przyborów i akcesoriów kuchennych, troszkę bielizny, 2 pary kolczyków po 1,49zł, spodnie dresowe do biegania (które to bieganie mam zamiar rozpocząć w przyszłym tygodniu), podkoszulkę i uroczą bluzkę z kotkami za 10zł ;). Poszalałam w Pepco zostawiając mini-fortunę, ale każda z tych rzeczy osobno była naprawdę tania i mniej lub bardziej, z naciskiem na bardziej, potrzebna.
Poza tym odwiedziłam też Lidla, ponieważ w sobotę wchodziła gazetka sportowa. Niestety, okazało się, że zakupy o 11 to już za późno i to, na co czekałam najbardziej - bluzy sportowe, z myślą o bieganiu - były już strasznie mocno przebrane... Chciałam niebieską S, a zostały same czarne w rozmiarach M i L... Cóż, trudno, wzięłam czarną M - najwyżej pójdzie do zwężenia, mam nadzieję też, że nie będzie za bardzo przyciągała promieni słonecznych. Poza tym kupiłam też opaskę na ramię na komórkę, która także przyda się przy bieganiu oraz 3 słoiki masła orzechowego crunchy - z "tygodnia amerykańskiego" - kupiłam w środę jeden słoik, a w sobotę kolejne 2 - to masło jest po prostu p r z e p y s z n e, zajadamy się z Narzeczonym jak głupki i nakupiliśmy na zapas :D.
Na przechadzce po galerii handlowej z Narzeczonym kupiłam sobie jeszcze opaskę do biegania - wielofunkcyjną, zarówno na szyję, jak i na głowę, z bardzo fajnego materiału - w outlecie Tchibo.
Na zakupach z Mamą kupiłam natomiast na wyprzedaży torebkę z C&A - beżowo-szarą, średniego rozmiaru, za całe 34,90zł ;). Oprócz tego mierzyłam też kurtkę skórzaną z kolekcji Cindy Crawford (chyba...) i się w niej absolutnie zakochałam, jest jak dla mnie kurtką idealną, ale w chwili obecnej niestety nie mogę sobie pozwolić na zakup kurtki za 399zł... :(.
I to by było na tyle... Wiem, poszalałam strasznie i co gorsza, nawet nie wiem kiedy to wszystko trafiło do mojego domu! :P Po prostu jakoś "samo się kupowało", a mnie pozostaje czekać na kolejne stypendium i mieć nadzieję, że już się opanuję ;).
PS: Wiem, trochę poszalałam z zakupami "biegowymi", ale cóż, to troszkę zwiększa motywację, a ja naprawdę mam w planach zacząć biegać od przyszłego poniedziałku. Fakt, nieco zawaliłam, mimo postanowień przed- i noworocznych - od września nie ćwiczyłam prawie wcale. W zeszłym tygodniu byłam przeziębiona, od niedzieli na razie ćwiczę intensywnie w domu, bo pogoda jest bardzo zdradliwa, a ja ledwo się wykurowałam z przeziębienia. Ale plan treningowy jest gotowy i od przyszłego poniedziałku rozpoczynam swoją przygodę z bieganiem :). Jak wytrwam według mojej rozpiski (treningi po 30min 4 razy w tygodniu), sprawię sobie buty biegowe - już mam nawet jedne upatrzone ;).
PS2: Po ponad dwóch latach męczarni z Netią, w końcu mam nowy internet! 4mb zamiast poprzednich 0,5-1,5mb (Netia miała nam dać 2mb, ale w praktyce to było najczęściej pół w porywach do jednego...). Boże, co za ulga! :D
Etykiety:
Balea,
Batiste,
haul,
L'Occitane,
lakier do paznokci,
Luksja,
Pepco,
Perelki.eu,
płyn do kąpieli,
Rossmann,
Sally Hansen,
suchy szampon,
współpraca,
wymianka,
Yves Rocher,
zakupy,
żel pod prysznic
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































