W wiosennej paczce od Rossmanna przywędrował m.in. peeling pod prysznic Alterry pomarańcza i cukier trzcinowy. Mocno się ucieszyłam, bo moje obecne peelingi mi się kończyły, ale niestety ten peeling zawiódł moje nadzieje...
Zacznijmy od tego, że to raczej nie jest peeling. Jak dobrze określiła, chyba Idalia, kosmetyk ma konsystencję na wpół zastygniętej galaretki koloru półprzeźroczysto-pomarańczowego. I ma w sobie zatopione drobinki cukru, jednak jest to raczej cukier drobnoziarnisty, którego dosłownie trzeba szukać w tej galaretce... Podczas rozprowadzania kosmetyku na skórze, czuć jedynie, że coś tam jest, ale to właściwie w ogóle nie peelinguje, a jedynie lekko łaskocze...
Może to indywidualne preferencje, ale ja od peelingów oczekuję zdzierania a'la gąbka Syrena - mocnego, intensywnego, po którym skóra jest lekko, zdrowo zaróżowiona. Przy Alterrze osiągnięcie takiego efektu jest niestety niemożliwe...
Co do zapachu, jest on specyficzny i jak dla mnie niestety, nie pomarańczowo-orzeźwiający. Chyba czuję tutaj nuty kwiatu pomarańczy, ale nie samych cytrusów. Zapach przyjemny, ale nie powala. Co do spraw "technicznych" - tubka jest ładna i poręczna, mieści 200ml produktu i kosztuje 8,99zł.
Na powyższym zdjęciu widać, a właściwie nie-widać żadnych drobinek... Trzeba ich niestety szukać z lupą. Produkt dobrze myje i fajnie odświeża, lubię go używać po bieganiu, ale raczej czekam aż mi się skończy, niż stosuję go z przyjemnością... Dla mnie to po prostu żel pod prysznic.
Podsumowując, ja się niestety zawiodłam, podobnie jak wszystkie inne fanki mocnego zdzierania. Dla mnie ten produkt to przeciętny żel pod prysznic, a nie peeling.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współpraca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współpraca. Pokaż wszystkie posty
27 maja 2013
23 maja 2013
Arganowe przeciętniaki do włosów od Joanny, czyli niestety smutne rozczarowanie...
Dziś na blogach wysyp rossmannowskich wpisów -40%, a ja po raz kolejny nie mam ani sposobności, ani zbytniej potrzeby, ani finansów, żeby wybrać się do Rossmanna :P. Trudno, mój portfel odetchnie (choć za bardzo nie ma z czego, bo biedny, jest na małej głodówce w tym miesiącu :P)... Zamiast tego mam dla Was recenzję ;).
Jakiś czas temu, dzięki uprzejmości Laboratorium Kosmetycznego Joanna (fanpage/strona www) otrzymałam do testów zestaw kosmetyków do włosów z olejem arganowym. Bardzo mnie ten fakt ucieszył, albowiem ta seria kusiła mnie od jakiegoś czasu i z chęcią podeszłam do testów :).
Do testów otrzymałam szampon i odżywkę do włosów z serii Argan Oil. Jak wiadomo, od dłuższego czasu trwa wielki boom na wszelkie oleje, a na olej arganowy w szczególności. I ja zwracam uwagę na te cenne składniki w kosmetykach, a więc byłam ciekawa składu - nie jestem w tej kwestii specjalistką i nie potrafię rozszyfrować całego składu, ale poszukałam samego olejku - w odżywce znajduje się on na siódmym miejscu w składzie, w szamponie na trzynastym. Całe składy prezentują się następująco:
Szampon: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Cocamidopropylamine Oxide, Cocamide Dea, Soyamide Dea, PEG-7 Gliceryl Cocoate, Polyquaternium-10, PEG-120 Methyl Glucose Dioleate, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Laureth-10, Sodium Laureth-5 Carboxylate, Argania Spinosa Kernel Oil, Sodium Chloide, Citric Acid, Disodium Edta, Pafrum, HexylCinnamal, Limonene, Dmdm Hydantoin, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolnone, Ci:19140, Ci:17200.
Odżywka : Aqua, Cetearyl Alcohol, Dimethicone, Glicerin, Quaternium-91, Cetrimonium Methosulfate, Argania Spinosa Kernel Oil, Triethanolamine, Pafrum, Hexyl Cinnamal, Dmdm Hydantoin, Methylchloroisothiazolinone, ethylisothiazolinone, Ci:19140, Ci:17200.
Tak jak pisałam, nie jestem specjalistką w tej dziedzinie, jednak na moje amatorskie oko nie są to dobre składy, a co najwyżej przeciętne... A jak produkty sprawdziły się w akcji?
Zacznę od szamponu. Ma on półprzeźroczysty kolor i dość lejącą konsystencję, choć jest w miarę gęsty. Pieni się bardzo dobrze, co osobiście lubię - moim włosom SLS/SLeS zbytnio nie przeszkadzają ;). Szampon dobrze oczyszcza włosy, czyli spełnia swoje główne zadanie. Czegoś mi w nim jednak brakuje, choć sama nie wiem do końca, czego. Po prostu mnie nie zachwycił, nie ma żadnych wyjątkowych zalet ani wad - ot, zwykły, niezły szampon do włosów.
Odżywka z kolei nieco mnie rozczarowała... Ma niby gęstą konsystencję, ale przy rozprowadzaniu na włosach - nawet po ich osuszeniu ręcznikiem - sprawia wrażenie, jakby z nich spływała, a nie na nich osiadała. Nivea Long Repair postawiła wysoko poprzeczkę wielu odżywkom. Po Nivei widzę wyraźne efekty, natomiast przy stosowaniu odżywki Joanny, niestety są one marne. Przy spłukiwaniu nie wyczuwam spektakularnych efektów, nawilżenia czy miękkości i podobnie jest po wysuszeniu włosów - czasami wydaje mi się, jakby włosy w żaden sposób nie odczuły nałożenia odżywki. Odżywka odrobinę nawilża włosy, nieco je wygładza i ułatwia rozczesywanie. Fajerwerków jednak nie ma. Nie przepadam za konsystencją, efekty też mnie nie zachwycają - jest jedną z najsłabszych odżywek, jakich ostatnio używałam - konkurencja w postaci ww. Nivea Long Repair, Garniera z masłem karite czy słynnej, wycofanej już Isany sprawia, że Joanna jak dla mnie niestety zostaje całkowicie zdyskwalifikowana. A szkoda, bo naprawdę lubię tą markę. Kolejny przeciętniak, choć z duetu wolę szampon i być może kiedyś jeszcze go kupię.
Plusem obydwu produktów na pewno jest zapach, mnie on bardzo przypadł do gustu i co najfajniejsze, a u mnie zdarza się rzadko - utrzymuje się on na włosach nawet do dwóch dni.
Na koniec jeszcze sprawa niby najmniej znacząca, ale jednak ważna - opakowanie i strona wizualna. Szampon i odżywa kształtem butelki nie różnią się od innych produktów Joanny - ja osobiście całkiem lubię te butelki. Nie ma większych problemów z otwieraniem i wydobywaniem produktu, a sam design opakowania mi się bardzo podoba. Niestety jednak, wygląd to nie wszystko - osobiście liczyłam na świetne kosmetyki, tym bardziej, że Joannę trochę znam i lubię, jednak spotkało mnie rozczarowanie...
Jednak u niektórych z Was czytałam całkiem dobre recenzje tych produktów, więc może po prostu moje włosy ich nie lubią? Ostatnio miałam szczęście do szamponów i odżywek, więc może po prostu znalazłam już swoje ideały i wszystko inne już się moim włosom nie podoba? Sama nie wiem... Ciekawa jestem za to pozostałych produktów z tej linii, m.in. serum do końcówek - może tu spotka mnie pozytywne zaskoczenie :)
Jakiś czas temu, dzięki uprzejmości Laboratorium Kosmetycznego Joanna (fanpage/strona www) otrzymałam do testów zestaw kosmetyków do włosów z olejem arganowym. Bardzo mnie ten fakt ucieszył, albowiem ta seria kusiła mnie od jakiegoś czasu i z chęcią podeszłam do testów :).
Do testów otrzymałam szampon i odżywkę do włosów z serii Argan Oil. Jak wiadomo, od dłuższego czasu trwa wielki boom na wszelkie oleje, a na olej arganowy w szczególności. I ja zwracam uwagę na te cenne składniki w kosmetykach, a więc byłam ciekawa składu - nie jestem w tej kwestii specjalistką i nie potrafię rozszyfrować całego składu, ale poszukałam samego olejku - w odżywce znajduje się on na siódmym miejscu w składzie, w szamponie na trzynastym. Całe składy prezentują się następująco:
Szampon: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Cocamidopropylamine Oxide, Cocamide Dea, Soyamide Dea, PEG-7 Gliceryl Cocoate, Polyquaternium-10, PEG-120 Methyl Glucose Dioleate, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Laureth-10, Sodium Laureth-5 Carboxylate, Argania Spinosa Kernel Oil, Sodium Chloide, Citric Acid, Disodium Edta, Pafrum, HexylCinnamal, Limonene, Dmdm Hydantoin, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolnone, Ci:19140, Ci:17200.
Odżywka : Aqua, Cetearyl Alcohol, Dimethicone, Glicerin, Quaternium-91, Cetrimonium Methosulfate, Argania Spinosa Kernel Oil, Triethanolamine, Pafrum, Hexyl Cinnamal, Dmdm Hydantoin, Methylchloroisothiazolinone, ethylisothiazolinone, Ci:19140, Ci:17200.
Tak jak pisałam, nie jestem specjalistką w tej dziedzinie, jednak na moje amatorskie oko nie są to dobre składy, a co najwyżej przeciętne... A jak produkty sprawdziły się w akcji?
Zacznę od szamponu. Ma on półprzeźroczysty kolor i dość lejącą konsystencję, choć jest w miarę gęsty. Pieni się bardzo dobrze, co osobiście lubię - moim włosom SLS/SLeS zbytnio nie przeszkadzają ;). Szampon dobrze oczyszcza włosy, czyli spełnia swoje główne zadanie. Czegoś mi w nim jednak brakuje, choć sama nie wiem do końca, czego. Po prostu mnie nie zachwycił, nie ma żadnych wyjątkowych zalet ani wad - ot, zwykły, niezły szampon do włosów.
Odżywka z kolei nieco mnie rozczarowała... Ma niby gęstą konsystencję, ale przy rozprowadzaniu na włosach - nawet po ich osuszeniu ręcznikiem - sprawia wrażenie, jakby z nich spływała, a nie na nich osiadała. Nivea Long Repair postawiła wysoko poprzeczkę wielu odżywkom. Po Nivei widzę wyraźne efekty, natomiast przy stosowaniu odżywki Joanny, niestety są one marne. Przy spłukiwaniu nie wyczuwam spektakularnych efektów, nawilżenia czy miękkości i podobnie jest po wysuszeniu włosów - czasami wydaje mi się, jakby włosy w żaden sposób nie odczuły nałożenia odżywki. Odżywka odrobinę nawilża włosy, nieco je wygładza i ułatwia rozczesywanie. Fajerwerków jednak nie ma. Nie przepadam za konsystencją, efekty też mnie nie zachwycają - jest jedną z najsłabszych odżywek, jakich ostatnio używałam - konkurencja w postaci ww. Nivea Long Repair, Garniera z masłem karite czy słynnej, wycofanej już Isany sprawia, że Joanna jak dla mnie niestety zostaje całkowicie zdyskwalifikowana. A szkoda, bo naprawdę lubię tą markę. Kolejny przeciętniak, choć z duetu wolę szampon i być może kiedyś jeszcze go kupię.
Plusem obydwu produktów na pewno jest zapach, mnie on bardzo przypadł do gustu i co najfajniejsze, a u mnie zdarza się rzadko - utrzymuje się on na włosach nawet do dwóch dni.
Na koniec jeszcze sprawa niby najmniej znacząca, ale jednak ważna - opakowanie i strona wizualna. Szampon i odżywa kształtem butelki nie różnią się od innych produktów Joanny - ja osobiście całkiem lubię te butelki. Nie ma większych problemów z otwieraniem i wydobywaniem produktu, a sam design opakowania mi się bardzo podoba. Niestety jednak, wygląd to nie wszystko - osobiście liczyłam na świetne kosmetyki, tym bardziej, że Joannę trochę znam i lubię, jednak spotkało mnie rozczarowanie...
Jednak u niektórych z Was czytałam całkiem dobre recenzje tych produktów, więc może po prostu moje włosy ich nie lubią? Ostatnio miałam szczęście do szamponów i odżywek, więc może po prostu znalazłam już swoje ideały i wszystko inne już się moim włosom nie podoba? Sama nie wiem... Ciekawa jestem za to pozostałych produktów z tej linii, m.in. serum do końcówek - może tu spotka mnie pozytywne zaskoczenie :)
26 kwietnia 2013
Decubal cz. IV - pielęgnacja dłoni i przesuszonej skóry ciała (w moim zastosowaniu - stóp ;))
Mam dla Was przedostatnią recenzję dotyczącą kosmetyków Decubal. Tym razem przyszła pora na krem do rąk oraz krem do bardzo suchych miejsc, który ja stosowałam jako krem do stóp. Obydwa produkty nawet polubiłam (choć krem do rąk mniej), ale nie zachwyciły mnie tak, jak kosmetyki recenzowane w poprzednich częściach.
Krem do rąk dostajemy w ładnej, czerwonej tubce mieszczącej 100ml produktu. Wg producenta głównym zadaniem kremu jest nawilżanie, zmiękczanie i ochron naszych dłoni. Krem ma dość gęsta konsystencję, w której wyczuwalne są jakby minimalne grudki. Kolor jest biały, z lekko żółtym zabarwieniem.
Co do działania, byłam zadowolona, ale spodziewałam się więcej - krem nawilżał dłonie, ale nie robił tego w sposób piorunujący i w sumie porównałabym go do wielu drogeryjnych kremów, jeśli chodzi o nawilżanie. Krem przede wszystkim natłuszczał dłonie i to w znacznym stopniu - z tyłu opakowania możemy przeczytać, że 36% kremu to substancje tłuszczowe i daje się to wyraźnie wyczuć. Używałam kremu na noc, bo w ciągu dnia poziom tłustości nie pozwalałby mi normalnie funkcjonować. Nawet przed snem momentami to przeszkadzało, bo mimo długiego wmasowywania kremu w dłonie, krem i tak zostawiał tłustą warstwę.
No i ostatnia sprawa - producent znów obiecuje nam kosmetyk bezzapachowy. Moim zdaniem bezzapachowy a bez substancji zapachowych to dwie różne sprawy i producent powinien o tym pamiętać, bowiem wg mnie ten krem lekko śmierdzi. Może nie jest to jakiś odór, ale na pewno nie jest to przyjemny, kremowy zapach. Zapach bardzo mnie drażnił, w duecie z tłustością sprawił, że 1/3 kremu, jaka mi pozostała, oddałam Mamie.
Drugi krem, o jakim chcę napisać, to Intensive cream, czyli intensywnie odżywczy i regenerujący krem do skóry suchej i atopowej. Decubal zasypał mnie wszelkimi kremami, więc dla tego znalazłam specjalne zastosowanie - jako kremu do stóp, ponieważ w okresie stosowania na szczęście nie miałam większych problemów z suchością kolan czy łokci (którym wystarczał recenzowany już clinic cream), stopy natomiast były bardzo wdzięczne za dodatkową porcję nawilżenia.
Krem jest w sumie dość podobny do brata do rąk. Ma biały kolor i bardzo gęstą konsystencję - tak gęstą, że czasami musiałam włożyć sporo siły, żeby wydobyć go z tubki :P (która notabene ma także 100ml). Wmasowywałam go w stopy przed snem, na które potem zakładałam skarpetki. Krem zostawia również tłustawą warstwę, ale skarpetki po nocy nie kleją się jakoś do stóp, jak to czasami bywa :P. Krem bardzo dobrze nawilżał i zmiękczał moje stopy, więc byłam z niego zadowolona. Myślę, że z pewnością będzie się dobrze spisywał przy stosowaniu na inne przesuszone części ciała.
PS: W weekend majowy możecie się spodziewać luźniejszych, niekoniecznie kosmetycznych postów :).
Krem do rąk dostajemy w ładnej, czerwonej tubce mieszczącej 100ml produktu. Wg producenta głównym zadaniem kremu jest nawilżanie, zmiękczanie i ochron naszych dłoni. Krem ma dość gęsta konsystencję, w której wyczuwalne są jakby minimalne grudki. Kolor jest biały, z lekko żółtym zabarwieniem.
Co do działania, byłam zadowolona, ale spodziewałam się więcej - krem nawilżał dłonie, ale nie robił tego w sposób piorunujący i w sumie porównałabym go do wielu drogeryjnych kremów, jeśli chodzi o nawilżanie. Krem przede wszystkim natłuszczał dłonie i to w znacznym stopniu - z tyłu opakowania możemy przeczytać, że 36% kremu to substancje tłuszczowe i daje się to wyraźnie wyczuć. Używałam kremu na noc, bo w ciągu dnia poziom tłustości nie pozwalałby mi normalnie funkcjonować. Nawet przed snem momentami to przeszkadzało, bo mimo długiego wmasowywania kremu w dłonie, krem i tak zostawiał tłustą warstwę.
No i ostatnia sprawa - producent znów obiecuje nam kosmetyk bezzapachowy. Moim zdaniem bezzapachowy a bez substancji zapachowych to dwie różne sprawy i producent powinien o tym pamiętać, bowiem wg mnie ten krem lekko śmierdzi. Może nie jest to jakiś odór, ale na pewno nie jest to przyjemny, kremowy zapach. Zapach bardzo mnie drażnił, w duecie z tłustością sprawił, że 1/3 kremu, jaka mi pozostała, oddałam Mamie.
Drugi krem, o jakim chcę napisać, to Intensive cream, czyli intensywnie odżywczy i regenerujący krem do skóry suchej i atopowej. Decubal zasypał mnie wszelkimi kremami, więc dla tego znalazłam specjalne zastosowanie - jako kremu do stóp, ponieważ w okresie stosowania na szczęście nie miałam większych problemów z suchością kolan czy łokci (którym wystarczał recenzowany już clinic cream), stopy natomiast były bardzo wdzięczne za dodatkową porcję nawilżenia.
Krem jest w sumie dość podobny do brata do rąk. Ma biały kolor i bardzo gęstą konsystencję - tak gęstą, że czasami musiałam włożyć sporo siły, żeby wydobyć go z tubki :P (która notabene ma także 100ml). Wmasowywałam go w stopy przed snem, na które potem zakładałam skarpetki. Krem zostawia również tłustawą warstwę, ale skarpetki po nocy nie kleją się jakoś do stóp, jak to czasami bywa :P. Krem bardzo dobrze nawilżał i zmiękczał moje stopy, więc byłam z niego zadowolona. Myślę, że z pewnością będzie się dobrze spisywał przy stosowaniu na inne przesuszone części ciała.
PS: W weekend majowy możecie się spodziewać luźniejszych, niekoniecznie kosmetycznych postów :).
19 kwietnia 2013
Mini-recenzje mini-produktów...
...i wszystko jasne ;). Na temat słynnej współpracy z firmą L'Occitane zostało powiedziane już chyba wszystko. Ja również odczułam może nie tyle niesmak, ale raczej rozczarowanie - wolałabym naprawdę dostać jedną pełnowymiarową tubkę kremu do rąk, niż 5 miniaturek, każda (może poza mydełkiem i perfumami) na kilka użyć... Musiałam się mocno pilnować, żeby nie zużyć kosmetyków, zanim znajdę czas, żeby zrobić im zdjęcia :P.
Tyle słowem wstępu, mimo wszystko z zainteresowaniem "testowałam", a raczej "wypróbowałam" kosmetyki L'Occitane i poniżej kilka moich uwag na ich temat:
Najbardziej ciekawa byłam chyba kultowego już kremu do rąk z masłem shea. Wielkość tego produktu rozwaliła mnie najbardziej, bo wystarcza na ok. 4-5 aplikacji, no ale... mogłam się przynajmniej obejść smakiem ;). Krem ma gęstą konsystencję, która przy rozprowadzaniu bardzo fajnie otula dłonie. Ręce po zastosowaniu kremu są mięciutkie i nawilżone. Z racji na wielkość próbki, używałam go tylko na noc, więc ciężko ocenić mi, jak długo taki efekt się utrzymuje (np. czy znika po umyciu rąk). Zapach też przypadł mi bardzo do gustu, jest lekko wyczuwalny i kremowy.
Krem do twarzy Immortelle zauroczył mnie nieco rozmiarem słoiczka i samą stroną estetyczną. Nazwa sugeruje, że krem zapewni nam "nieśmiertelność", co mnie mocno rozbawiło, co za odwaga w nazewnictwie! ;) Jest to krem na noc, z tego co się orientuję, przeciwzmarszczkowy. Zmarszczek na szczęście póki co nie mam, ale krem bardzo fajnie nawilża, jest mocno odżywczy i w sumie się z nim polubiłam. Minusem jak dla mnie jest zapach - jakiś taki... bardzo ziołowy, mnie się kojarzy z pietruszką(sic!), Narzeczonemu z syropem na kaszel. Dodatkowy minus to wydłubywanie go z tego mini słoiczka - 50% kremu ląduje pod paznokciami. Krem mnie zaintrygował i chętnie dałabym mu szansę, gdy moja skóra będzie już "dojrzała" (oby to szybko nie nadeszło :D).
W żelu pod prysznic Verbena zauroczył mnie zapach. Przed otwarciem go nie miałam pojęcia, jak pachnie werbena, ale spodobało mi się! Zapach jest lekki, nieco orzeźwiający, ale nie jest to takie typowe "cytrusowe orzeźwienie". Lubię używać go po treningu, bo cudownie odświeża. Niestety, jak na moje gusta jest mało wydajny - na gąbkę muszę nałożyć go dość sporo (50ml wystarczy mi na ok. 6 myć? Na razie mam za sobą 3 użycia, a pół buteleczki prawie nie ma...), a nawet mimo tej ilości żel dość słabo się pieni, czego nie lubię. Jednak za zapach ma u mnie duuuży plus. Wydaje mi się też, że nie wysusza zbyt mocno, ale nawilżenia też nie odczułam.
Mydełko z masłem shea za to mnie rozczarowało. Muszę zacząć od tego, że w ogóle jestem "dzieckiem mydła w płynie" i odkąd pamiętam u nas w domu używało się raczej mydła w płynie. Mydła w kostkach nawet lubię, gdyby nie to, że mydelniczka i jej okolica po 2 myciach rąk wygląda jak pobojowisko i bardzo ciężko uniknąć rozmiękczenia mydła. Ale nie o tym miało być. Cóż, mydełko L'Occitane ma naturalny skład i masło shea, więc wydaje się bardzo obiecujące - jednak podczas mycia rąk nie widzę żadnej różnicy pomiędzy tym mydełkiem a zwykłym Arko czy innym. Z "kostkowych" to już chyba wolę mydło Dove. Mydełko L'Occitane lekko się pieni, dobrze myje, ale skóry nie odżywia czy nawilża - i tak po umyciu ręce proszą się o krem do rąk. Zapach na dłoniach utrzymuje się dość długo, niestety - kostka niby pachnie ładnie i kremowo, ale po umyciu rąk zostawia zapach typowego... mydła. Próbowałam nawet wykrzesać coś więcej z tego mydła i użyć go do twarzy - skończyło się to wielką klapą, nie polecam :P. Jedyny plus jest taki, że właściwie nie piekło w oczy - może jedynie odrobinkę.
Na sam koniec zostawiłam smaczek, jakim jest miniaturka perfum Pivoine Flora, czyli Peonia. Uwielbiam piwonie, to chyba mój ulubiony kwiat, a na pewno jeden z ulubionych. Zapach perfum jest kwiatowy, dość intensywny i długo utrzymuje się na skórze. Mnie osobiście przypadł do gustu, ale nie będą to też moje ulubione perfumy - pachną ślicznie, ale tak... jednoznacznie, mam nadzieję, że rozumiecie ;). Po prostu poza kwiatem piwonii (a może to mieszanka jakichś kwiatów?) ciężko wyłapać mi jakiekolwiek inne nuty zapachowe, zapach raczej się nie "rozwija" - od chwili po nałożeniu, do ostatniego wyczuwalnego momentu pachnie dla mnie tak samo.
Tyle słowem wstępu, mimo wszystko z zainteresowaniem "testowałam", a raczej "wypróbowałam" kosmetyki L'Occitane i poniżej kilka moich uwag na ich temat:
Najbardziej ciekawa byłam chyba kultowego już kremu do rąk z masłem shea. Wielkość tego produktu rozwaliła mnie najbardziej, bo wystarcza na ok. 4-5 aplikacji, no ale... mogłam się przynajmniej obejść smakiem ;). Krem ma gęstą konsystencję, która przy rozprowadzaniu bardzo fajnie otula dłonie. Ręce po zastosowaniu kremu są mięciutkie i nawilżone. Z racji na wielkość próbki, używałam go tylko na noc, więc ciężko ocenić mi, jak długo taki efekt się utrzymuje (np. czy znika po umyciu rąk). Zapach też przypadł mi bardzo do gustu, jest lekko wyczuwalny i kremowy.
Krem do twarzy Immortelle zauroczył mnie nieco rozmiarem słoiczka i samą stroną estetyczną. Nazwa sugeruje, że krem zapewni nam "nieśmiertelność", co mnie mocno rozbawiło, co za odwaga w nazewnictwie! ;) Jest to krem na noc, z tego co się orientuję, przeciwzmarszczkowy. Zmarszczek na szczęście póki co nie mam, ale krem bardzo fajnie nawilża, jest mocno odżywczy i w sumie się z nim polubiłam. Minusem jak dla mnie jest zapach - jakiś taki... bardzo ziołowy, mnie się kojarzy z pietruszką(sic!), Narzeczonemu z syropem na kaszel. Dodatkowy minus to wydłubywanie go z tego mini słoiczka - 50% kremu ląduje pod paznokciami. Krem mnie zaintrygował i chętnie dałabym mu szansę, gdy moja skóra będzie już "dojrzała" (oby to szybko nie nadeszło :D).
W żelu pod prysznic Verbena zauroczył mnie zapach. Przed otwarciem go nie miałam pojęcia, jak pachnie werbena, ale spodobało mi się! Zapach jest lekki, nieco orzeźwiający, ale nie jest to takie typowe "cytrusowe orzeźwienie". Lubię używać go po treningu, bo cudownie odświeża. Niestety, jak na moje gusta jest mało wydajny - na gąbkę muszę nałożyć go dość sporo (50ml wystarczy mi na ok. 6 myć? Na razie mam za sobą 3 użycia, a pół buteleczki prawie nie ma...), a nawet mimo tej ilości żel dość słabo się pieni, czego nie lubię. Jednak za zapach ma u mnie duuuży plus. Wydaje mi się też, że nie wysusza zbyt mocno, ale nawilżenia też nie odczułam.
Mydełko z masłem shea za to mnie rozczarowało. Muszę zacząć od tego, że w ogóle jestem "dzieckiem mydła w płynie" i odkąd pamiętam u nas w domu używało się raczej mydła w płynie. Mydła w kostkach nawet lubię, gdyby nie to, że mydelniczka i jej okolica po 2 myciach rąk wygląda jak pobojowisko i bardzo ciężko uniknąć rozmiękczenia mydła. Ale nie o tym miało być. Cóż, mydełko L'Occitane ma naturalny skład i masło shea, więc wydaje się bardzo obiecujące - jednak podczas mycia rąk nie widzę żadnej różnicy pomiędzy tym mydełkiem a zwykłym Arko czy innym. Z "kostkowych" to już chyba wolę mydło Dove. Mydełko L'Occitane lekko się pieni, dobrze myje, ale skóry nie odżywia czy nawilża - i tak po umyciu ręce proszą się o krem do rąk. Zapach na dłoniach utrzymuje się dość długo, niestety - kostka niby pachnie ładnie i kremowo, ale po umyciu rąk zostawia zapach typowego... mydła. Próbowałam nawet wykrzesać coś więcej z tego mydła i użyć go do twarzy - skończyło się to wielką klapą, nie polecam :P. Jedyny plus jest taki, że właściwie nie piekło w oczy - może jedynie odrobinkę.
Na sam koniec zostawiłam smaczek, jakim jest miniaturka perfum Pivoine Flora, czyli Peonia. Uwielbiam piwonie, to chyba mój ulubiony kwiat, a na pewno jeden z ulubionych. Zapach perfum jest kwiatowy, dość intensywny i długo utrzymuje się na skórze. Mnie osobiście przypadł do gustu, ale nie będą to też moje ulubione perfumy - pachną ślicznie, ale tak... jednoznacznie, mam nadzieję, że rozumiecie ;). Po prostu poza kwiatem piwonii (a może to mieszanka jakichś kwiatów?) ciężko wyłapać mi jakiekolwiek inne nuty zapachowe, zapach raczej się nie "rozwija" - od chwili po nałożeniu, do ostatniego wyczuwalnego momentu pachnie dla mnie tak samo.
12 kwietnia 2013
Rossmann przyniósł trochę wiosny :)
Wczoraj za sprawą Rossmanna przywędrowało do mnie trochę wiosny :) To trzecia już paczka otrzymana w ramach współpracy z tą firmą i chyba ta spodobała mi się najbardziej, choć w każdej z dotychczasowych paczek znalazła się jakaś perełka... Może ta zachwyciła mnie wyjątkowo swoją oprawą, no bo popatrzcie same:
Po rozpakowaniu ogromnej, białej koperty z logiem Rossmanna, moim oczom ukazała się pokaźna lniana(?) torba, robiąca bardzo fajne wrażenie "ekologicznej" :). Na pewno przyda się na zakupy, wydaje mi się, że będzie fajna też na jakiś piknik czy nad plażę :). A co było w środku?
Z wnętrza torby nieśmiało wyglądały do mnie opakowania produktów, zakopane wśród zielonej, papierowej "trawy", jak ja to nazywam :). Tym razem postanowiłam zrobić sobie niespodziankę i nie czytać wcześniej, co otrzymam do testów - frajda, jak przy otwieraniu prezentu :).
W paczce czekały na mnie:
Zawartość paczki bardzo mnie ucieszyła, bo są to produkty, które najnormalniej w świecie są mi potrzebne i na pewno każdy znajdzie zastosowanie. Co prawda balsamów do ciała i żeli pod prysznic uzbierało mi się ostatnio sporo, ale są to produkty notorycznie przeze mnie używane i na pewno nie będą bezużyteczne. Biorę się do testów!
Po rozpakowaniu ogromnej, białej koperty z logiem Rossmanna, moim oczom ukazała się pokaźna lniana(?) torba, robiąca bardzo fajne wrażenie "ekologicznej" :). Na pewno przyda się na zakupy, wydaje mi się, że będzie fajna też na jakiś piknik czy nad plażę :). A co było w środku?
Z wnętrza torby nieśmiało wyglądały do mnie opakowania produktów, zakopane wśród zielonej, papierowej "trawy", jak ja to nazywam :). Tym razem postanowiłam zrobić sobie niespodziankę i nie czytać wcześniej, co otrzymam do testów - frajda, jak przy otwieraniu prezentu :).
W paczce czekały na mnie:
- Isana Med żel pod prysznic z olejkiem pomarańczowym - przepięknie pachnie!
- Alterra peeling pod prysznic pomarańcza i cukier trzcinowy - super, moje obecne peelingi właśnie mi się skończyły, miałam w planach kupić, więc jak znalazł!
- Isana kremowy balsam do ciała z olejkiem arganowym - olejek arganowy brzmi bardzo obiecująco!
- Fusswohl masło do stóp - pachnie trochę jak pasta do zębów :D. Ale na pewno się przyda, bo od dwóch miesięcy w końcu regularnie dbam o nawilżanie stóp, a mój obecny krem powoli się kończy.
- Alterra mydło w kostce konwalia - dużo dobrego o tych mydełkach słyszałam, chętnie przetestuję.
- Isana pianka do włosów ultra mocna - raczej nie stosuję kosmetyków do stylizacji włosów, ale jak nie ja, to moja Mama na pewno z chęcią piankę przetestuje.
Zawartość paczki bardzo mnie ucieszyła, bo są to produkty, które najnormalniej w świecie są mi potrzebne i na pewno każdy znajdzie zastosowanie. Co prawda balsamów do ciała i żeli pod prysznic uzbierało mi się ostatnio sporo, ale są to produkty notorycznie przeze mnie używane i na pewno nie będą bezużyteczne. Biorę się do testów!
11 kwietnia 2013
Decubal cz. III - pielęgnacja ciała, ta bardziej i nieco mniej typowa ;)
Dziś kolejna, trzecia z pięciu planowanych recenzji kosmetyków Decubal. Kolejna recenzja i kolejne pozytywne zaskoczenie, naprawdę aż się dziwię, że z 11 kosmetyków, które otrzymałam do testów, właściwie każdy jeden się świetnie spisywał.
Zacznę od kosmetyku, który mnie bardzo zaskoczył - Decubal Clinic Cream, czyli odżywczy i nawilżający krem do skóry suchej i atopowej. Krem dostajemy w ładnej, dużej tubie (bo ciężko nazwać to tubką :P) mieszczącej 250ml produktu.
Krem ma biały kolor i dość gęstą, treściwą konsystencję. Producent mówi, że to krem, który możemy stosować "od stóp do głów" i ma rację. Do twarzy tego kremu nie stosowałam, za to już "od stóp do szyi" - owszem.
Przyznaję, akurat jeśli chodzi moje "ciało" jako takie, czyli od głowy w dół, raczej nie mam skóry atopowej, za to miejscami bywa mocno przesuszona. Na początku mojej przygody z pielęgnacją, aby w ogóle zmobilizować się do balsamowania, kosmetyk musiał dla mnie przede wszystkim pachnieć i w sumie nadal tak jest - uwielbiam wszystkie "jedzeniowe" zapachy balsamów do ciała i takie królują w mojej łazience. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po kolejnych wyjściach spod prysznica czy z wanny, zamiast sięgnąć po kuszący czekoladowy balsam do ciała, wolałam sięgnąć po (znów w teorii) bezzapachowy krem Decubal. Dlaczego?
Bo ten krem NAWILŻA! I to nawilża jak diabli, w porównaniu do "niby-nawilżających" produktów drogeryjnych (do tej pory myślałam, że i one nawilżają, ale chyba po prostu brakowało mi porównania). Zapach, mimo zapewnień producenta krem ma, i to średnio przyjemny, raczej obojętny, ale bardzo szybko się ulatnia. Za to skóra po użyciu tego balsamu jest po prostu cudowna - nawilżona, aksamitna, mięciutka, sprężysta, odżywiona, ukojona... po prostu raj. Nigdy nie sądziłam, że będę w stanie jasno określić czy dany produkt naprawdę nawilża, ale po przetestowaniu tego kosmetyku mogę powiedzieć jedno - ten krem nawilża. Co do innych, stosowanych przeze mnie, już nie jestem taka pewna.
Kolejnym kosmetykiem, który zaliczyłam do "cielesnej" kategorii jest Decubal Anti-Itch Gel - łagodzący i kojący żel przeznaczony do skóry podrażnionej. Dostajemy go w zmatowionej, przeźroczystej tubce o pojemności 100ml. Jak nazwa wskazuje, jest to żel o przeźroczystym kolorze, który przy rozprowadzaniu dość szybko się wchłania i staje się lekko wodnisty - nie tak, jak niekiedy inne żele - klejący.
Prawdę mówiąc, ze wszystkich otrzymanych kosmetyków, ten był dla mnie największą zagadką i nie za bardzo wiedziałam, jak się do niego zabrać... Jest to moim zdaniem zdecydowanie żel "do zadań specjalnych". Na szczęście nie miałam ich zbyt wiele w ostatnim czasie, jednak byłam ciekawa jego działania, więc musiałam kombinować ;). Przetestowałam żel na mocno podrażnionej, wysuszonej i obtartej skórze Narzeczonego, na swoich łydkach po goleniu i na swoim nosie podczas kilkudniowego, uciążliwego kataru. Efekty? Za każdym razem takie same, czyli: zero pieczenia, nawilżenie i natychmiastowa ulga. Żel jest bezzapachowy i tym razem naprawdę tak jest ;). Wydaje mi się, że będzie genialny np. na poparzenia słoneczne, więc w sam raz do wakacyjnej apteczki.
Zacznę od kosmetyku, który mnie bardzo zaskoczył - Decubal Clinic Cream, czyli odżywczy i nawilżający krem do skóry suchej i atopowej. Krem dostajemy w ładnej, dużej tubie (bo ciężko nazwać to tubką :P) mieszczącej 250ml produktu.
Krem ma biały kolor i dość gęstą, treściwą konsystencję. Producent mówi, że to krem, który możemy stosować "od stóp do głów" i ma rację. Do twarzy tego kremu nie stosowałam, za to już "od stóp do szyi" - owszem.
Przyznaję, akurat jeśli chodzi moje "ciało" jako takie, czyli od głowy w dół, raczej nie mam skóry atopowej, za to miejscami bywa mocno przesuszona. Na początku mojej przygody z pielęgnacją, aby w ogóle zmobilizować się do balsamowania, kosmetyk musiał dla mnie przede wszystkim pachnieć i w sumie nadal tak jest - uwielbiam wszystkie "jedzeniowe" zapachy balsamów do ciała i takie królują w mojej łazience. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po kolejnych wyjściach spod prysznica czy z wanny, zamiast sięgnąć po kuszący czekoladowy balsam do ciała, wolałam sięgnąć po (znów w teorii) bezzapachowy krem Decubal. Dlaczego?
Bo ten krem NAWILŻA! I to nawilża jak diabli, w porównaniu do "niby-nawilżających" produktów drogeryjnych (do tej pory myślałam, że i one nawilżają, ale chyba po prostu brakowało mi porównania). Zapach, mimo zapewnień producenta krem ma, i to średnio przyjemny, raczej obojętny, ale bardzo szybko się ulatnia. Za to skóra po użyciu tego balsamu jest po prostu cudowna - nawilżona, aksamitna, mięciutka, sprężysta, odżywiona, ukojona... po prostu raj. Nigdy nie sądziłam, że będę w stanie jasno określić czy dany produkt naprawdę nawilża, ale po przetestowaniu tego kosmetyku mogę powiedzieć jedno - ten krem nawilża. Co do innych, stosowanych przeze mnie, już nie jestem taka pewna.
Kolejnym kosmetykiem, który zaliczyłam do "cielesnej" kategorii jest Decubal Anti-Itch Gel - łagodzący i kojący żel przeznaczony do skóry podrażnionej. Dostajemy go w zmatowionej, przeźroczystej tubce o pojemności 100ml. Jak nazwa wskazuje, jest to żel o przeźroczystym kolorze, który przy rozprowadzaniu dość szybko się wchłania i staje się lekko wodnisty - nie tak, jak niekiedy inne żele - klejący.
Prawdę mówiąc, ze wszystkich otrzymanych kosmetyków, ten był dla mnie największą zagadką i nie za bardzo wiedziałam, jak się do niego zabrać... Jest to moim zdaniem zdecydowanie żel "do zadań specjalnych". Na szczęście nie miałam ich zbyt wiele w ostatnim czasie, jednak byłam ciekawa jego działania, więc musiałam kombinować ;). Przetestowałam żel na mocno podrażnionej, wysuszonej i obtartej skórze Narzeczonego, na swoich łydkach po goleniu i na swoim nosie podczas kilkudniowego, uciążliwego kataru. Efekty? Za każdym razem takie same, czyli: zero pieczenia, nawilżenie i natychmiastowa ulga. Żel jest bezzapachowy i tym razem naprawdę tak jest ;). Wydaje mi się, że będzie genialny np. na poparzenia słoneczne, więc w sam raz do wakacyjnej apteczki.
8 kwietnia 2013
Decubal cz. II - czysta przyjemność, czyli pianka do mycia twarzy i olejek pod prysznic i do kąpieli
Znów zniknęłam, znów mam winowajcę - tym razem praca licencjacka... Jutro jednak mam zamiar oddać drugi rozdział, a wtedy pozostaje już "tylko" trzeci - do którego, przypominam, będę Was potrzebować ;). W kwietniu na blogu pewnie pojawi się link do ankiety przeprowadzanej w ramach moich badań blogosfery i współprac, mam nadzieję, że nadal jesteście gotowe pomóc :).
Tymczasem jednak kolejne recenzje produktów Decubal - kolejne dwa bardzo dobre produkty, tym razem myjące - pianka do twarzy i olejek pod prysznic/do kąpieli.
Zacznę od nawilżającej pianki do mycia twarzy, czyli po prostu Decubal Face Wash. Wydaje mi się, że o tym produkcie zrobiło się już nieco głośno, bo chyba większość z recenzujących dziewczyn była z niego bardzo zadowolona, ja również jestem :).
Opakowanie pianki jest dość standardowe jak na pianki do mycia twarzy, ale estetyczne i minimalistyczne. Dzięki przeźroczystej butelce widać, ile jeszcze produktu nam zostało. Pianka ma pojemność 150ml, ale jest bardzo wydajna - stosuję dwie pompki przy każdym demakijażu od około miesiąca, a zużyłam dopiero ok. 1/3 opakowania.
Produkt ma formę pianki, która pozytywnie zaskakuje - nie znika i nie spływa z twarzy w niewiadomych okolicznościach, jest dość gęsta i bardzo fajnie myje się nią twarz, daje takie aksamitne uczucie na skórze. Ten produkt też faktycznie jest właściwie bezzapachowy, może odrobinę wyczuwalna jest jakaś delikatna nuta, ale nie jest to zapach ani trochę narzucający się, bo nawet nie potrafię go przywołać w głowie.
I najważniejsze, czyli samo działanie - do umycia twarzy używam dwóch pompek produktu, co całkowicie wystarcza - być może wystarczyłaby i jedna, ale wolę więcej, niż mniej ;). Dokonuję z jej pomocą demakijażu, zmywając również makijaż oczu.Nie zawsze poradzi sobie z mocniejszym makijażem, ale wtedy pomagam sobie dodatkowym płynem do demakijażu oczu. Pianka nie podrażnia, bardzo dobre myje - naprawdę, zaskakująco dobrze, jak na piankę - skóra po umyciu jest przyjemna i nie mam uczucia ściągnięcia. Nie wiem, czy produkt nawilża, bo zawsze i tak stosuję krem nawilżający, ale na pewno też nie wysusza. Kolejny fantastyczny kosmetyk!
Drugi na dzisiaj kosmetyk to Decubal Shower & Bath Oil, czyli olejek pod prysznic i do kąpieli. Kosmetyk dostajemy w butelce o pojemności 200ml z bardzo wygodnym zamknięciem. Do opakowania dołączona jest mała saszetka z aromatem zapachowym - sam olejek jest całkowicie bezzapachowy, ale możemy dodać do niego saszetkę zapachową o zapachu grejpfrutowym, co ja uczyniłam. Zapach jest delikatny i lekko orzeźwiający.
Olejku można używać dwojako - najpierw przetestowałam go jako dodatek do kąpieli. Niestety, trzeba nalać go dość sporo, zapach szybko się ulatnia, słabo się pieni... Jednak skóra po takiej kąpieli jest wyraźnie nawilżona i dopieszczona.
Pełnię swoich możliwości olejek uwalnia, kiedy stosujemy go jako produkt do mycia ciała. Ślicznie pachnie na skórze (choć zapach nie utrzymuje się po kąpieli), dobrze myje, nałożony na gąbkę wytwarza wystarczającą ilość piany, a co najważniejsze, cudownie otula i nawilża skórę... Bardzo się z nim polubiłam i z chęcią go stosuję, kiedy czuję, że moja skóra jest nieco bardziej przesuszona. Po takim umyciu ciała nie odczuwam już potrzeby nakładania dodatkowych balsamów po kąpieli. Decubal po raz kolejny się wykazał, choć nie wiem, czy kupię olejek ponownie - mimo wszystkich atutów, chyba wolę zwykłe żele pod prysznic.
Tymczasem jednak kolejne recenzje produktów Decubal - kolejne dwa bardzo dobre produkty, tym razem myjące - pianka do twarzy i olejek pod prysznic/do kąpieli.
Zacznę od nawilżającej pianki do mycia twarzy, czyli po prostu Decubal Face Wash. Wydaje mi się, że o tym produkcie zrobiło się już nieco głośno, bo chyba większość z recenzujących dziewczyn była z niego bardzo zadowolona, ja również jestem :).
Opakowanie pianki jest dość standardowe jak na pianki do mycia twarzy, ale estetyczne i minimalistyczne. Dzięki przeźroczystej butelce widać, ile jeszcze produktu nam zostało. Pianka ma pojemność 150ml, ale jest bardzo wydajna - stosuję dwie pompki przy każdym demakijażu od około miesiąca, a zużyłam dopiero ok. 1/3 opakowania.
Produkt ma formę pianki, która pozytywnie zaskakuje - nie znika i nie spływa z twarzy w niewiadomych okolicznościach, jest dość gęsta i bardzo fajnie myje się nią twarz, daje takie aksamitne uczucie na skórze. Ten produkt też faktycznie jest właściwie bezzapachowy, może odrobinę wyczuwalna jest jakaś delikatna nuta, ale nie jest to zapach ani trochę narzucający się, bo nawet nie potrafię go przywołać w głowie.
I najważniejsze, czyli samo działanie - do umycia twarzy używam dwóch pompek produktu, co całkowicie wystarcza - być może wystarczyłaby i jedna, ale wolę więcej, niż mniej ;). Dokonuję z jej pomocą demakijażu, zmywając również makijaż oczu.Nie zawsze poradzi sobie z mocniejszym makijażem, ale wtedy pomagam sobie dodatkowym płynem do demakijażu oczu. Pianka nie podrażnia, bardzo dobre myje - naprawdę, zaskakująco dobrze, jak na piankę - skóra po umyciu jest przyjemna i nie mam uczucia ściągnięcia. Nie wiem, czy produkt nawilża, bo zawsze i tak stosuję krem nawilżający, ale na pewno też nie wysusza. Kolejny fantastyczny kosmetyk!
Drugi na dzisiaj kosmetyk to Decubal Shower & Bath Oil, czyli olejek pod prysznic i do kąpieli. Kosmetyk dostajemy w butelce o pojemności 200ml z bardzo wygodnym zamknięciem. Do opakowania dołączona jest mała saszetka z aromatem zapachowym - sam olejek jest całkowicie bezzapachowy, ale możemy dodać do niego saszetkę zapachową o zapachu grejpfrutowym, co ja uczyniłam. Zapach jest delikatny i lekko orzeźwiający.
Olejku można używać dwojako - najpierw przetestowałam go jako dodatek do kąpieli. Niestety, trzeba nalać go dość sporo, zapach szybko się ulatnia, słabo się pieni... Jednak skóra po takiej kąpieli jest wyraźnie nawilżona i dopieszczona.
Pełnię swoich możliwości olejek uwalnia, kiedy stosujemy go jako produkt do mycia ciała. Ślicznie pachnie na skórze (choć zapach nie utrzymuje się po kąpieli), dobrze myje, nałożony na gąbkę wytwarza wystarczającą ilość piany, a co najważniejsze, cudownie otula i nawilża skórę... Bardzo się z nim polubiłam i z chęcią go stosuję, kiedy czuję, że moja skóra jest nieco bardziej przesuszona. Po takim umyciu ciała nie odczuwam już potrzeby nakładania dodatkowych balsamów po kąpieli. Decubal po raz kolejny się wykazał, choć nie wiem, czy kupię olejek ponownie - mimo wszystkich atutów, chyba wolę zwykłe żele pod prysznic.
31 marca 2013
Decubal cz. I - produkty do twarzy: krem pod oczy, krem do twarzy i balsam do ust
Wiem, że pewnie niektóre z Was mają już dość recenzji produktów Decubal, ale teraz przyszła moja kolej na dorzucenie kilku groszy do krążących dotychczas opinii :).
Recenzji będzie kilka, postanowiłam opisać kosmetyki pewnymi kategoriami - pielęgnacja twarzy, ciała, dłoni etc., choć niektóre kosmetyki oczywiście mają zastosowanie i do ciała, i do twarzy (lub inne kombinacje). Poza tym - kosmetyki tak pozytywnie mnie zaskoczyły, że pisanie tych recenzji z pewnością nie jest przykrym obowiązkiem, a pewną "misją" szerzenia wiadomości o dobrych kosmetykach, do której podchodzę z entuzjazmem ;).
Na pierwszy rzut wybrałam kosmetyki do pielęgnacji twarzy, bo te chyba polubiłam najbardziej.
Chyba moim największym faworytem z całej decubalowej grupki jest maleństwo, jakim jest regenerujący i ujędrniający krem pod oczy, czyli Decubal Eye Cream. Jestem niemal pewna, że sięgnę po ten kosmetyk ponownie, kiedy wykończę obecne opakowanie.
Pierwszym plusem, jaki zauważyłam tuż po wyciągnięciu kremu z kartonika, jest opakowanie. Zawiera 15ml produktu - czyli standardową pojemność jak na krem pod oczy. Opakowanie jest bardzo estetyczne i solidne, co najlepsze - z pompką. Jak dla mnie ideał :).
Sam krem ma bardzo lekką konsystencję, jest jak mgiełka - odrobina wystarczy, by pokryć nim skórę wokół oczu (krem stosuję nie tylko pod oczy, ale też na powieki). Jednak mimo lekkiej formuły, krem po nałożeniu na skórę wydaje się dość treściwy (ale nie ciężki czy tłusty) - wręcz czuję, jak odżywia skórę. Wg producenta jest bezzapachowy, jak dla mnie ma bardzo delikatny, nieokreślony zapach, ale jest on naprawdę prawie niewyczuwalny.
Jeśli chodzi o działanie, jestem bardzo zadowolona. Od kremu wymagam przede wszystkim nawilżenia skóry i z tego zadania Decubal wywiązuje się znakomicie. Ciężko mi ocenić efekt ujędrniający, bo na szczęście na razie nie mam z tym problemów ;). Co najważniejsze - krem naprawdę się wykazał, bo od października notorycznie męczył mnie problem z powiekami - mnóstwo produktów mnie podrażniało, oczy bywały totalnie spuchnięte (raz po nocy ledwo mogłam otworzyć powieki), skóra się bardzo łuszczyła, piekła... Decubal nie wywołał u mnie takich objawów - a wcześniej niemal KAŻDY kosmetyk do twarzy/oczu mnie skrajnie podrażniał. Odkąd stosuję ten krem pod oczy, problem zniknął. Uff!
Kolejnym świetnym produktem, jest odżywczy intensywnie nawilżający krem do twarzy - Decubal Face Cream. Kremów do twarzy używam namiętnie i nie wyobrażam sobie nie nałożyć takowego po wieczornym demakijażu (rano rzadko używam kremów, wiem, zło :P). Krem ma pojemność 50ml, a więc całkiem sporą, i zamknięty jest w ładnym, plastikowym - a więc lekkim - słoiczku z matowego, przeźroczystego plastiku z czerwoną zakrętką. Słoiczek ma dość duży otwór, więc łatwo można nabrać krem, bez obaw, że wejdzie nam pod paznokcie przy nabieraniu.
Na początku do kremu podchodziłam dość sceptycznie, bo nie przemówiła do mnie jego konsystencja. Ciężko mi ją opisać, ale nie jest to taki puszysty krem - że zanurzam palce i nabieram kupkę kremu, którą aplikuję na twarz. Krem ma dość zbitą formułę, taką "śliską" i nabieram go po prostu ślizgając palcami po powierzchni kosmetyku. Chyba pierwszy raz spotkałam się z taką formułą w przypadku kremu do twarzy, ale aplikacja przebiega bezproblemowo i krem bardzo ładnie rozprowadza się na twarzy i dość szybko wchłania.
Działanie również mogę ocenić jako bardzo dobre. Krem daje uczucie faktycznego odżywienia i nawilżenia - jednak w przypadku tego drugiego, nie jest to wg mnie taki efekt natychmiastowy, jednak przy dłuższym stosowaniu wyraźnie odczułam, że krem faktycznie nawilża skórę - właśnie tak, jak trzeba, czyli "dogłębnie", a nie powierzchniowo. Suche skórki u mnie właściwie całkowicie zniknęły, nie pojawiły się żadne podrażnienia, krem stosowałam czasami też na powieki i ich również nie podrażnił. Krem na 5+ :).
Aha, co do zapachu - wszystkie kosmetyki Decubal są z założenia bezzapachowe, jednak krem ma wyraźny zapach, którego nie jestem w stanie określić. Krem nie jest w żaden sposób perfumowany, jednak same składniki aktywne chyba mają swój specyficzny zapach, bo krem z pewnością pachnie i zapach utrzymuje się na twarzy jeszcze chwilę po aplikacji.
Ostatnim produktem, jaki chciałam Wam dzisiaj pokazać, jest balsam do ust i miejscowo zmienionej, popękanej i suchej skóry - Decubal Lips & Dry Spots Balm. Jego pojemność to 30ml, dostajemy go w malutkiej, ale dość solidnej, białej tubce - opakowanie ładne i odporne na tarmoszenie ;). "Minusem" jest fakt, że balsam nie ma specjalnie wyprofilowanego dziubka - aby zaaplikować go na usta, musimy wycisnąć odrobinę i nałożyć ją palcem.
Balsam ma bardzo gęstą, skoncentrowaną konsystencję - ciężko go wycisnąć z tubki, ale dzięki takiej formule jest bardzo wydajny. Nie wygląda zbyt zachęcająco - jest półprzeźroczysty i ma żółtawy kolor - wygląda jak jakaś apteczna maść, podobnie też pachnie/śmierdzi - znów z założenia mamy produkt bezzapachowy, który w praktyce ma dość mocny i w dodatku mało przyjemny zapach, jednak można się do niego przyzwyczaić, a jego działanie wynagradza małe męki dla nosa ;).
Balsam po nałożeniu na usta wygląda, jak lekki, przeźroczysty błyszczyk - usta są pokryte nieco błyszczącą warstwą produktu, jest to ładny i dość naturalny efekt. Z pewnością regeneruje i odżywia usta, pomaga na wszelkie pęknięcia i boleści. Jednak nie wiem, czy balsam przypadkiem nie "uzależnił" moich ust - przy regularnym stosowaniu, kiedy odstawiam balsam np. na jeden dzień, usta nagle pieką i są w dość tragicznym stanie - kiedy znów używam balsamu, wszystko wraca do normy. Kiedy całkiem odstawiłam ten balsam i przerzuciłam się na Niveę, problem zniknął... Balsam jednak i tak lubię i używać będę, ale dość sporadycznie - regeneruje naprawdę dobrze, ale chyba nie powinno się przesadzać z częstotliwością nakładania.
Produkt można też stosować na inne suche i popękane miejsca - dobrze odżywia skórki u paznokci, stosowałam go też na łokieć Narzeczonego, kiedy go sobie obtarł (w sumie, nie wiem, co mu się stało - chyba podrażniła mu się skóra od opierania łokci o blat, gdy miał na sobie dość grubo pleciony sweter) i skóra była dość przesuszona i podrażniona. Pomogło, choć nie zagoiło - ale tutaj po prostu potrzebna była profilaktyka w postaci mniej drażniących tkanin :P. Podsumowując - dla balsamu, podobnie, jak dla innych produktów - kolejne "tak"!
Wiem, że brzmi to podejrzanie, że wszystkie kosmetyki tak wychwalam. Ale co zrobić, skoro naprawdę tak pozytywnie mnie zaskoczyły? Mogę Was zapewnić, że to, iż kosmetyki dostałam w ramach współpracy, w żaden sposób nie wpłynęło na moją recenzję.
Recenzji będzie kilka, postanowiłam opisać kosmetyki pewnymi kategoriami - pielęgnacja twarzy, ciała, dłoni etc., choć niektóre kosmetyki oczywiście mają zastosowanie i do ciała, i do twarzy (lub inne kombinacje). Poza tym - kosmetyki tak pozytywnie mnie zaskoczyły, że pisanie tych recenzji z pewnością nie jest przykrym obowiązkiem, a pewną "misją" szerzenia wiadomości o dobrych kosmetykach, do której podchodzę z entuzjazmem ;).
Na pierwszy rzut wybrałam kosmetyki do pielęgnacji twarzy, bo te chyba polubiłam najbardziej.
Chyba moim największym faworytem z całej decubalowej grupki jest maleństwo, jakim jest regenerujący i ujędrniający krem pod oczy, czyli Decubal Eye Cream. Jestem niemal pewna, że sięgnę po ten kosmetyk ponownie, kiedy wykończę obecne opakowanie.
Pierwszym plusem, jaki zauważyłam tuż po wyciągnięciu kremu z kartonika, jest opakowanie. Zawiera 15ml produktu - czyli standardową pojemność jak na krem pod oczy. Opakowanie jest bardzo estetyczne i solidne, co najlepsze - z pompką. Jak dla mnie ideał :).
Sam krem ma bardzo lekką konsystencję, jest jak mgiełka - odrobina wystarczy, by pokryć nim skórę wokół oczu (krem stosuję nie tylko pod oczy, ale też na powieki). Jednak mimo lekkiej formuły, krem po nałożeniu na skórę wydaje się dość treściwy (ale nie ciężki czy tłusty) - wręcz czuję, jak odżywia skórę. Wg producenta jest bezzapachowy, jak dla mnie ma bardzo delikatny, nieokreślony zapach, ale jest on naprawdę prawie niewyczuwalny.
Jeśli chodzi o działanie, jestem bardzo zadowolona. Od kremu wymagam przede wszystkim nawilżenia skóry i z tego zadania Decubal wywiązuje się znakomicie. Ciężko mi ocenić efekt ujędrniający, bo na szczęście na razie nie mam z tym problemów ;). Co najważniejsze - krem naprawdę się wykazał, bo od października notorycznie męczył mnie problem z powiekami - mnóstwo produktów mnie podrażniało, oczy bywały totalnie spuchnięte (raz po nocy ledwo mogłam otworzyć powieki), skóra się bardzo łuszczyła, piekła... Decubal nie wywołał u mnie takich objawów - a wcześniej niemal KAŻDY kosmetyk do twarzy/oczu mnie skrajnie podrażniał. Odkąd stosuję ten krem pod oczy, problem zniknął. Uff!
Kolejnym świetnym produktem, jest odżywczy intensywnie nawilżający krem do twarzy - Decubal Face Cream. Kremów do twarzy używam namiętnie i nie wyobrażam sobie nie nałożyć takowego po wieczornym demakijażu (rano rzadko używam kremów, wiem, zło :P). Krem ma pojemność 50ml, a więc całkiem sporą, i zamknięty jest w ładnym, plastikowym - a więc lekkim - słoiczku z matowego, przeźroczystego plastiku z czerwoną zakrętką. Słoiczek ma dość duży otwór, więc łatwo można nabrać krem, bez obaw, że wejdzie nam pod paznokcie przy nabieraniu.
Na początku do kremu podchodziłam dość sceptycznie, bo nie przemówiła do mnie jego konsystencja. Ciężko mi ją opisać, ale nie jest to taki puszysty krem - że zanurzam palce i nabieram kupkę kremu, którą aplikuję na twarz. Krem ma dość zbitą formułę, taką "śliską" i nabieram go po prostu ślizgając palcami po powierzchni kosmetyku. Chyba pierwszy raz spotkałam się z taką formułą w przypadku kremu do twarzy, ale aplikacja przebiega bezproblemowo i krem bardzo ładnie rozprowadza się na twarzy i dość szybko wchłania.
Działanie również mogę ocenić jako bardzo dobre. Krem daje uczucie faktycznego odżywienia i nawilżenia - jednak w przypadku tego drugiego, nie jest to wg mnie taki efekt natychmiastowy, jednak przy dłuższym stosowaniu wyraźnie odczułam, że krem faktycznie nawilża skórę - właśnie tak, jak trzeba, czyli "dogłębnie", a nie powierzchniowo. Suche skórki u mnie właściwie całkowicie zniknęły, nie pojawiły się żadne podrażnienia, krem stosowałam czasami też na powieki i ich również nie podrażnił. Krem na 5+ :).
Aha, co do zapachu - wszystkie kosmetyki Decubal są z założenia bezzapachowe, jednak krem ma wyraźny zapach, którego nie jestem w stanie określić. Krem nie jest w żaden sposób perfumowany, jednak same składniki aktywne chyba mają swój specyficzny zapach, bo krem z pewnością pachnie i zapach utrzymuje się na twarzy jeszcze chwilę po aplikacji.
Ostatnim produktem, jaki chciałam Wam dzisiaj pokazać, jest balsam do ust i miejscowo zmienionej, popękanej i suchej skóry - Decubal Lips & Dry Spots Balm. Jego pojemność to 30ml, dostajemy go w malutkiej, ale dość solidnej, białej tubce - opakowanie ładne i odporne na tarmoszenie ;). "Minusem" jest fakt, że balsam nie ma specjalnie wyprofilowanego dziubka - aby zaaplikować go na usta, musimy wycisnąć odrobinę i nałożyć ją palcem.
Balsam ma bardzo gęstą, skoncentrowaną konsystencję - ciężko go wycisnąć z tubki, ale dzięki takiej formule jest bardzo wydajny. Nie wygląda zbyt zachęcająco - jest półprzeźroczysty i ma żółtawy kolor - wygląda jak jakaś apteczna maść, podobnie też pachnie/śmierdzi - znów z założenia mamy produkt bezzapachowy, który w praktyce ma dość mocny i w dodatku mało przyjemny zapach, jednak można się do niego przyzwyczaić, a jego działanie wynagradza małe męki dla nosa ;).
Balsam po nałożeniu na usta wygląda, jak lekki, przeźroczysty błyszczyk - usta są pokryte nieco błyszczącą warstwą produktu, jest to ładny i dość naturalny efekt. Z pewnością regeneruje i odżywia usta, pomaga na wszelkie pęknięcia i boleści. Jednak nie wiem, czy balsam przypadkiem nie "uzależnił" moich ust - przy regularnym stosowaniu, kiedy odstawiam balsam np. na jeden dzień, usta nagle pieką i są w dość tragicznym stanie - kiedy znów używam balsamu, wszystko wraca do normy. Kiedy całkiem odstawiłam ten balsam i przerzuciłam się na Niveę, problem zniknął... Balsam jednak i tak lubię i używać będę, ale dość sporadycznie - regeneruje naprawdę dobrze, ale chyba nie powinno się przesadzać z częstotliwością nakładania.
Produkt można też stosować na inne suche i popękane miejsca - dobrze odżywia skórki u paznokci, stosowałam go też na łokieć Narzeczonego, kiedy go sobie obtarł (w sumie, nie wiem, co mu się stało - chyba podrażniła mu się skóra od opierania łokci o blat, gdy miał na sobie dość grubo pleciony sweter) i skóra była dość przesuszona i podrażniona. Pomogło, choć nie zagoiło - ale tutaj po prostu potrzebna była profilaktyka w postaci mniej drażniących tkanin :P. Podsumowując - dla balsamu, podobnie, jak dla innych produktów - kolejne "tak"!
Wiem, że brzmi to podejrzanie, że wszystkie kosmetyki tak wychwalam. Ale co zrobić, skoro naprawdę tak pozytywnie mnie zaskoczyły? Mogę Was zapewnić, że to, iż kosmetyki dostałam w ramach współpracy, w żaden sposób nie wpłynęło na moją recenzję.
13 marca 2013
Kolejne nowości, czyli paczki i zakupy z zeszłego tygodnia
W ostatnim tygodniu wydałam stanowczo za dużo pieniędzy w stosunku do tego, ile miałam na koncie :P. Na szczęście Narzeczony i Mama jak zawsze służyli "pomocą", co pozwoliło mi nieco zaszaleć zakupowo ;). Odkryłam, że w mojej okolicy otworzyli Pepco (hip hip hurra!), poza tym urządziłyśmy z Mamą dwa zakupowe wypady, a takie sytuacje zwykle kończą się nadprogramowymi zakupami... ;).
Na zdjęciach pokażę Wam jedynie moje kosmetyczne łupy, bo tych też oczywiście nie brakowało.
W zeszłym tygodniu również i do mnie dotarł koszyczek od L'Occitane. Nic więcej na jego pisać na razie nie będę, bo chyba wszystko zostało już powiedziane. Biorę się do testów i pewnie za jakiś czas opublikuję posta z mini-recenzjami mini-produktów.
Z okazji Dnia Kobiet i otwarcia sklepu Perelki.eu, skusiłam się z Siostrą na promocję na suche szampony Batiste - -20% na szampony. Od dawna mnie te szampony kusiły, ale było mi żal dopłacać za przesyłkę, a ta promocja sprawiła, że zakup stał się bardziej opłacalny. Dla siebie wzięłam wersję Lace i Tropical, moja Siostra wybrała Fresh, a do tego dostałam gratis mniejszą wersję Cherry. Dziś szampon poszedł pierwszy raz w ruch i utwierdziło mnie to w przekonaniu, że to był dobry zakup ;).
Dokonałam też małej wymianki z Sajjidaą. Wybrałam dla siebie 20ml zapach Yves Rocher ananasowo-kokosowy - będzie świetny na lato oraz... kolejny żel Balei, Peachy Rose - bo żele nigdy się nie zmarnują :).
Tydzień temu zajrzałam też do Rossmanna, gdzie na promocji po 7,99zł były płyny do kąpieli Luksja, które ostatnio zdominowały blogi ;). Uwielbiam słodkie zapachy "do zjedzenia" i moim łupem padły dwa: karmelowy wafelek i ciasto cytrynowe. Ten drugi kupiłam bardziej z myślą o Narzeczonym, bo on słodkości nie lubi, za to cytrynowe słodycze są wyjątkiem ;). Obydwa zapachy są obłędne, choć do mnie bardziej trafia karmelowy. Szkoda tylko, że przy dodaniu do wody, zapachy nieco tracą na intensywności :(.
Przy okazji zakupów w Pepco, skusiłam się na lakier Sally Hansen z serii Salon Manicure - były po 10zł, a ten kolor wpadł mi w oko - w sklepie wyglądał na ciekawy, metaliczny fiolet. To nr 330 - Pedal to the Metal - i niestety na paznokciach już nie wygląda tak ładnie i traci swoją fioletową nutę.
Poza kosmetykami, w zeszłym tygodniu w moje ręce trafiło jeszcze mnóstwo skarbów z ww. Pepco - toż to raj, szczególnie w fazie urządzania mieszkania! Kupiłam firanko-zasłonki, jak zaprojektowane do naszego salonu - turkusowo-brązowo-beżowe, może pokażę je Wam jak już zawisną - na razie muszą iść do skrócenia, urocze limonkowe miseczki (pod kolor kuchni z zielonymi akcentami ;)), doniczkę za całe 1,99zł na prymulki, które dostałam od Taty na Dzień Kobiet, turkusową podkładkę na stolik w salonie, kilka przyborów i akcesoriów kuchennych, troszkę bielizny, 2 pary kolczyków po 1,49zł, spodnie dresowe do biegania (które to bieganie mam zamiar rozpocząć w przyszłym tygodniu), podkoszulkę i uroczą bluzkę z kotkami za 10zł ;). Poszalałam w Pepco zostawiając mini-fortunę, ale każda z tych rzeczy osobno była naprawdę tania i mniej lub bardziej, z naciskiem na bardziej, potrzebna.
Poza tym odwiedziłam też Lidla, ponieważ w sobotę wchodziła gazetka sportowa. Niestety, okazało się, że zakupy o 11 to już za późno i to, na co czekałam najbardziej - bluzy sportowe, z myślą o bieganiu - były już strasznie mocno przebrane... Chciałam niebieską S, a zostały same czarne w rozmiarach M i L... Cóż, trudno, wzięłam czarną M - najwyżej pójdzie do zwężenia, mam nadzieję też, że nie będzie za bardzo przyciągała promieni słonecznych. Poza tym kupiłam też opaskę na ramię na komórkę, która także przyda się przy bieganiu oraz 3 słoiki masła orzechowego crunchy - z "tygodnia amerykańskiego" - kupiłam w środę jeden słoik, a w sobotę kolejne 2 - to masło jest po prostu p r z e p y s z n e, zajadamy się z Narzeczonym jak głupki i nakupiliśmy na zapas :D.
Na przechadzce po galerii handlowej z Narzeczonym kupiłam sobie jeszcze opaskę do biegania - wielofunkcyjną, zarówno na szyję, jak i na głowę, z bardzo fajnego materiału - w outlecie Tchibo.
Na zakupach z Mamą kupiłam natomiast na wyprzedaży torebkę z C&A - beżowo-szarą, średniego rozmiaru, za całe 34,90zł ;). Oprócz tego mierzyłam też kurtkę skórzaną z kolekcji Cindy Crawford (chyba...) i się w niej absolutnie zakochałam, jest jak dla mnie kurtką idealną, ale w chwili obecnej niestety nie mogę sobie pozwolić na zakup kurtki za 399zł... :(.
I to by było na tyle... Wiem, poszalałam strasznie i co gorsza, nawet nie wiem kiedy to wszystko trafiło do mojego domu! :P Po prostu jakoś "samo się kupowało", a mnie pozostaje czekać na kolejne stypendium i mieć nadzieję, że już się opanuję ;).
PS: Wiem, trochę poszalałam z zakupami "biegowymi", ale cóż, to troszkę zwiększa motywację, a ja naprawdę mam w planach zacząć biegać od przyszłego poniedziałku. Fakt, nieco zawaliłam, mimo postanowień przed- i noworocznych - od września nie ćwiczyłam prawie wcale. W zeszłym tygodniu byłam przeziębiona, od niedzieli na razie ćwiczę intensywnie w domu, bo pogoda jest bardzo zdradliwa, a ja ledwo się wykurowałam z przeziębienia. Ale plan treningowy jest gotowy i od przyszłego poniedziałku rozpoczynam swoją przygodę z bieganiem :). Jak wytrwam według mojej rozpiski (treningi po 30min 4 razy w tygodniu), sprawię sobie buty biegowe - już mam nawet jedne upatrzone ;).
PS2: Po ponad dwóch latach męczarni z Netią, w końcu mam nowy internet! 4mb zamiast poprzednich 0,5-1,5mb (Netia miała nam dać 2mb, ale w praktyce to było najczęściej pół w porywach do jednego...). Boże, co za ulga! :D
Na zdjęciach pokażę Wam jedynie moje kosmetyczne łupy, bo tych też oczywiście nie brakowało.
W zeszłym tygodniu również i do mnie dotarł koszyczek od L'Occitane. Nic więcej na jego pisać na razie nie będę, bo chyba wszystko zostało już powiedziane. Biorę się do testów i pewnie za jakiś czas opublikuję posta z mini-recenzjami mini-produktów.
Z okazji Dnia Kobiet i otwarcia sklepu Perelki.eu, skusiłam się z Siostrą na promocję na suche szampony Batiste - -20% na szampony. Od dawna mnie te szampony kusiły, ale było mi żal dopłacać za przesyłkę, a ta promocja sprawiła, że zakup stał się bardziej opłacalny. Dla siebie wzięłam wersję Lace i Tropical, moja Siostra wybrała Fresh, a do tego dostałam gratis mniejszą wersję Cherry. Dziś szampon poszedł pierwszy raz w ruch i utwierdziło mnie to w przekonaniu, że to był dobry zakup ;).
Dokonałam też małej wymianki z Sajjidaą. Wybrałam dla siebie 20ml zapach Yves Rocher ananasowo-kokosowy - będzie świetny na lato oraz... kolejny żel Balei, Peachy Rose - bo żele nigdy się nie zmarnują :).
Tydzień temu zajrzałam też do Rossmanna, gdzie na promocji po 7,99zł były płyny do kąpieli Luksja, które ostatnio zdominowały blogi ;). Uwielbiam słodkie zapachy "do zjedzenia" i moim łupem padły dwa: karmelowy wafelek i ciasto cytrynowe. Ten drugi kupiłam bardziej z myślą o Narzeczonym, bo on słodkości nie lubi, za to cytrynowe słodycze są wyjątkiem ;). Obydwa zapachy są obłędne, choć do mnie bardziej trafia karmelowy. Szkoda tylko, że przy dodaniu do wody, zapachy nieco tracą na intensywności :(.
Przy okazji zakupów w Pepco, skusiłam się na lakier Sally Hansen z serii Salon Manicure - były po 10zł, a ten kolor wpadł mi w oko - w sklepie wyglądał na ciekawy, metaliczny fiolet. To nr 330 - Pedal to the Metal - i niestety na paznokciach już nie wygląda tak ładnie i traci swoją fioletową nutę.
Poza kosmetykami, w zeszłym tygodniu w moje ręce trafiło jeszcze mnóstwo skarbów z ww. Pepco - toż to raj, szczególnie w fazie urządzania mieszkania! Kupiłam firanko-zasłonki, jak zaprojektowane do naszego salonu - turkusowo-brązowo-beżowe, może pokażę je Wam jak już zawisną - na razie muszą iść do skrócenia, urocze limonkowe miseczki (pod kolor kuchni z zielonymi akcentami ;)), doniczkę za całe 1,99zł na prymulki, które dostałam od Taty na Dzień Kobiet, turkusową podkładkę na stolik w salonie, kilka przyborów i akcesoriów kuchennych, troszkę bielizny, 2 pary kolczyków po 1,49zł, spodnie dresowe do biegania (które to bieganie mam zamiar rozpocząć w przyszłym tygodniu), podkoszulkę i uroczą bluzkę z kotkami za 10zł ;). Poszalałam w Pepco zostawiając mini-fortunę, ale każda z tych rzeczy osobno była naprawdę tania i mniej lub bardziej, z naciskiem na bardziej, potrzebna.
Poza tym odwiedziłam też Lidla, ponieważ w sobotę wchodziła gazetka sportowa. Niestety, okazało się, że zakupy o 11 to już za późno i to, na co czekałam najbardziej - bluzy sportowe, z myślą o bieganiu - były już strasznie mocno przebrane... Chciałam niebieską S, a zostały same czarne w rozmiarach M i L... Cóż, trudno, wzięłam czarną M - najwyżej pójdzie do zwężenia, mam nadzieję też, że nie będzie za bardzo przyciągała promieni słonecznych. Poza tym kupiłam też opaskę na ramię na komórkę, która także przyda się przy bieganiu oraz 3 słoiki masła orzechowego crunchy - z "tygodnia amerykańskiego" - kupiłam w środę jeden słoik, a w sobotę kolejne 2 - to masło jest po prostu p r z e p y s z n e, zajadamy się z Narzeczonym jak głupki i nakupiliśmy na zapas :D.
Na przechadzce po galerii handlowej z Narzeczonym kupiłam sobie jeszcze opaskę do biegania - wielofunkcyjną, zarówno na szyję, jak i na głowę, z bardzo fajnego materiału - w outlecie Tchibo.
Na zakupach z Mamą kupiłam natomiast na wyprzedaży torebkę z C&A - beżowo-szarą, średniego rozmiaru, za całe 34,90zł ;). Oprócz tego mierzyłam też kurtkę skórzaną z kolekcji Cindy Crawford (chyba...) i się w niej absolutnie zakochałam, jest jak dla mnie kurtką idealną, ale w chwili obecnej niestety nie mogę sobie pozwolić na zakup kurtki za 399zł... :(.
I to by było na tyle... Wiem, poszalałam strasznie i co gorsza, nawet nie wiem kiedy to wszystko trafiło do mojego domu! :P Po prostu jakoś "samo się kupowało", a mnie pozostaje czekać na kolejne stypendium i mieć nadzieję, że już się opanuję ;).
PS: Wiem, trochę poszalałam z zakupami "biegowymi", ale cóż, to troszkę zwiększa motywację, a ja naprawdę mam w planach zacząć biegać od przyszłego poniedziałku. Fakt, nieco zawaliłam, mimo postanowień przed- i noworocznych - od września nie ćwiczyłam prawie wcale. W zeszłym tygodniu byłam przeziębiona, od niedzieli na razie ćwiczę intensywnie w domu, bo pogoda jest bardzo zdradliwa, a ja ledwo się wykurowałam z przeziębienia. Ale plan treningowy jest gotowy i od przyszłego poniedziałku rozpoczynam swoją przygodę z bieganiem :). Jak wytrwam według mojej rozpiski (treningi po 30min 4 razy w tygodniu), sprawię sobie buty biegowe - już mam nawet jedne upatrzone ;).
PS2: Po ponad dwóch latach męczarni z Netią, w końcu mam nowy internet! 4mb zamiast poprzednich 0,5-1,5mb (Netia miała nam dać 2mb, ale w praktyce to było najczęściej pół w porywach do jednego...). Boże, co za ulga! :D
Etykiety:
Balea,
Batiste,
haul,
L'Occitane,
lakier do paznokci,
Luksja,
Pepco,
Perelki.eu,
płyn do kąpieli,
Rossmann,
Sally Hansen,
suchy szampon,
współpraca,
wymianka,
Yves Rocher,
zakupy,
żel pod prysznic
3 marca 2013
Parę nowych nabytków, czyli paaaczkiii :)
W ciągu ostatnich 2 tygodni przyszło do mnie kilka mniej lub bardziej wyczekiwanych paczek, a skoro dotarły już wszystkie, najwyższy czas pokazać je na blogu :). Przy okazji, jest to blogowy debiut nowego tła dla zdjęć - postanowiłam spróbować robić zdjęcia na parapecie w nowym mieszkaniu, taka mała odmiana dla bloga. Co prawda w edytowaniu te zdjęcia są ciut kapryśniejsze, bo jednak łatwiej dostosowywać niektóre parametry na białym tle, więc ostatecznie żałuję, że nie zrobiłam zdjęć standardowo na białym tle, no ale... ;)
Pierwsza paczka, to przesyłka od firmy Decubal, z którą również ja podjęłam współpracę. Moja cera ostatnio uparcie zmierzła w kierunku suchej i wrażliwej, więc ucieszyłam się na możliwość testowania tych dermokosmetyków. Paczka była naprawdę sporych rozmiarów i kilka kosmetyków odstąpiłam do testów Mamie, która też miewa problemy z przesuszoną skórą.
Druga paczka, to coś nie-kosmetycznego, czyli... Organizer Ślubny MyMission. Pewnie większość z Was zna dość popularny Notatnik Panny Młodej, do mnie on jednak jakoś nie do końca przemawiał. Na jakiejś stronie natrafiłam na konkurencyjny Organizer Ślubny, który zainteresował mnie nieco innym układem treści w porównaniu od NPM, i dzięki uprzejmości właścicieli firmy, mógł on trafić w moje ręce. Wiosną pewnie zacznę ślubne planowanie, więc organizer z pewnością mi się przyda i z chęcią napiszę o nim kilka słów na blogu :)
Następna paczka to walentynkowe zakupy na stronie Candle Room. Dzięki Jamapi dowiedziałam się o walentynkowej promocji - wysyłka powyżej 14zł za darmo, a jako że woski Yankee Candle kusiły mnie od dawna, postanowiłam w końcu skorzystać z oferty i kupić kilka do nowego mieszkania. Testowałam do tej pory dwa - lemon lavender i vanilla cupcake i obydwa bardzo mi się podobają, choć spodziewałam się ciut intensywniejszego zapachu, przynajmniej w kwestii waniliowej babeczki.
Ostatnie dwie paczki są zdominowane przez firmę Balea ;). Do tej pory nigdy nie miałam z ich kosmetykami do czynienia, poza jednym balsamem wygranym w rozdaniu, a słyszałam o nich wiele dobrego i znów kierowana koniecznością zrobienia zakupów "pielęgnacyjnych" do nowego mieszkania, postanowiłam zaszaleć i zrobić zakupy na Allegro. Nie należę do tych, które robią zapasy pielęgnacji (chyba że "same się zrobią", czyli coś kupię, coś wygram, coś dostanę :P), więc przeprowadzając się, miałam puściutką łazienkę, którą musiałam czymś zapełnić. Postawiłam na Baleę, której byłam ciekawa od dawna. Kupiłam balsam do ciała, żel pod prysznic, szampon do włosów i dwa kremy do rąk. Kosmetyki są już w trakcie używania (poza szamponem do włosów) i jestem z nich bardzo zadowolona :).
W kilka dni po zrobieniu zakupów na Allegro, okazało się, że wygrałam rozdanie na fanpage'u Kokardi, gdzie wygrałam zestaw kosmetyków Balea :). Zawartość przesyłki miała być niespodzianką i tak też było, otrzymałam żel pod prysznic i balsam do ciała z makaronikowej serii o zapachu fig i czekolady. Jak widzicie, taki sam żel pod prysznic kupiłam na Allegro, ale zapach bardzo mi się podoba, a żele pod prysznic zawsze się zużyje, więc nie narzekam :). Tak więc moją łazienkę zdecydowanie zdominowała Balea, jeśli doliczyć jeszcze wygrany jakiś czas temu makaronikowy migdałowo-wiśniowy balsam, który czekał w zapasach ;).
O czym chciałybyście poczytać najszybciej? I jakie zdjęcia wolicie - klasyczne, na biało, czy z nowym tłem? :>
Pierwsza paczka, to przesyłka od firmy Decubal, z którą również ja podjęłam współpracę. Moja cera ostatnio uparcie zmierzła w kierunku suchej i wrażliwej, więc ucieszyłam się na możliwość testowania tych dermokosmetyków. Paczka była naprawdę sporych rozmiarów i kilka kosmetyków odstąpiłam do testów Mamie, która też miewa problemy z przesuszoną skórą.
Druga paczka, to coś nie-kosmetycznego, czyli... Organizer Ślubny MyMission. Pewnie większość z Was zna dość popularny Notatnik Panny Młodej, do mnie on jednak jakoś nie do końca przemawiał. Na jakiejś stronie natrafiłam na konkurencyjny Organizer Ślubny, który zainteresował mnie nieco innym układem treści w porównaniu od NPM, i dzięki uprzejmości właścicieli firmy, mógł on trafić w moje ręce. Wiosną pewnie zacznę ślubne planowanie, więc organizer z pewnością mi się przyda i z chęcią napiszę o nim kilka słów na blogu :)
Następna paczka to walentynkowe zakupy na stronie Candle Room. Dzięki Jamapi dowiedziałam się o walentynkowej promocji - wysyłka powyżej 14zł za darmo, a jako że woski Yankee Candle kusiły mnie od dawna, postanowiłam w końcu skorzystać z oferty i kupić kilka do nowego mieszkania. Testowałam do tej pory dwa - lemon lavender i vanilla cupcake i obydwa bardzo mi się podobają, choć spodziewałam się ciut intensywniejszego zapachu, przynajmniej w kwestii waniliowej babeczki.
Ostatnie dwie paczki są zdominowane przez firmę Balea ;). Do tej pory nigdy nie miałam z ich kosmetykami do czynienia, poza jednym balsamem wygranym w rozdaniu, a słyszałam o nich wiele dobrego i znów kierowana koniecznością zrobienia zakupów "pielęgnacyjnych" do nowego mieszkania, postanowiłam zaszaleć i zrobić zakupy na Allegro. Nie należę do tych, które robią zapasy pielęgnacji (chyba że "same się zrobią", czyli coś kupię, coś wygram, coś dostanę :P), więc przeprowadzając się, miałam puściutką łazienkę, którą musiałam czymś zapełnić. Postawiłam na Baleę, której byłam ciekawa od dawna. Kupiłam balsam do ciała, żel pod prysznic, szampon do włosów i dwa kremy do rąk. Kosmetyki są już w trakcie używania (poza szamponem do włosów) i jestem z nich bardzo zadowolona :).
W kilka dni po zrobieniu zakupów na Allegro, okazało się, że wygrałam rozdanie na fanpage'u Kokardi, gdzie wygrałam zestaw kosmetyków Balea :). Zawartość przesyłki miała być niespodzianką i tak też było, otrzymałam żel pod prysznic i balsam do ciała z makaronikowej serii o zapachu fig i czekolady. Jak widzicie, taki sam żel pod prysznic kupiłam na Allegro, ale zapach bardzo mi się podoba, a żele pod prysznic zawsze się zużyje, więc nie narzekam :). Tak więc moją łazienkę zdecydowanie zdominowała Balea, jeśli doliczyć jeszcze wygrany jakiś czas temu makaronikowy migdałowo-wiśniowy balsam, który czekał w zapasach ;).
O czym chciałybyście poczytać najszybciej? I jakie zdjęcia wolicie - klasyczne, na biało, czy z nowym tłem? :>
Etykiety:
Balea,
balsam do ciała,
balsam do ust,
Decubal,
krem do rąk,
krem do twarzy,
Organizer Ślubny,
paczki,
szampon do włosów,
woski zapachowe,
współpraca,
Yankee Candle,
żel pod prysznic
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















































