Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Decubal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Decubal. Pokaż wszystkie posty

2 sierpnia 2013

(Duuuże) Denko 2/2013


Poprzednie denko pojawiło się na blogu w maju, a więc jak łatwo się domyślić, to denko będzie duuuże... jakoś tak ciągle czegoś miałam resztkę, którą chciałam dorzucić do tego posta i tak czekałam i czekałam... efekty poniżej ;).


O dziwo, uzbierało się sporo kolorówki, a jeszcze kilka produktów mam na wykończeniu...
- Lakier do paznokci Oriflame - perłowy beż, kupiła go moja mama i w sumie chyba od dwóch lat nie malowałam nim paznokci (ona też nie), więc powędrował do kosza. Był niezły, ale kolor nie ten.
- Lakier do paznokci Golden Rose Graffiti - fioletowy pękacz, był ze mną dość długo, ale teraz już zrobił się z niego wielki glut i przestał pękać...
- Sally Hansen Dries Instantly - mój pierwszy przyspieszający wysychanie topcoat. Był genialny, bardzo go polubiłam, ale chyba przestali go sprzedawać... przynajmniej jakiś czas temu nie mogłam go nigdzie znaleźć. Teraz przerzuciłam się na Seche Vite, który uwielbiam jeszcze bardziej!
- Szminka Lasting Finish Rimmel 170 Alarm - czysta czerwień, ale ja niestety niezbyt dobrze czuję się nosząc taki kolor na ustach. Długo leżała, więc w końcu ją wyrzuciłam.
- Szminka Carlo di Roma - kupiła ją gdzieś moja siostra, kolor był fantastyczny, ale jednak zdecydowanie za długo przeleżała bez używania - chyba dawno minął jej termin ważności.
- Catrice korektor Re-Touch Light-Reflecting Concelaer - był naprawdę świetny, miałam napisać jego recenzję, ale... nie zdążyłam. Skończył mi się w okamgnieniu, mimo, że używałam go tylko pod oczy w małych ilościach. Jego słaba wydajność spowodowała, że nie kupiłam ponownie...
- Lakier do paznokci Lemax - kupiony przez siostrę, rozwarstwił się, poza tym kolor w ogóle nie "mój"...
- Lakier Essence z LE Ballerina Backstage - z wymianki, nosiłam kilka razy, jednak to nie mój odcień, a sam lakier jest dość stary... wywalam.
- Nail Tek Foundation II - świetna odżywka i świetna baza, bardzo polubiłam i pewnie nieraz do niej wrócę, na razie jednak daję paznokciom odpocząć od formaldehydu.


- AA Help Krem-żel do mycia twarzy - ulubieniec, to moja kolejna zdenkowana tubka, więcej tutaj.
- Decubal Eye Cream - bardzo dobry i wydajny krem, zdecydowanie się polubiliśmy, więcej tutaj.
- Avon Planet Spa krem do stóp z kwasami aha - bardzo dobry krem do stóp, recenzja chyba się niedługo pojawi :).
- Decubal Face Cream - kolejny bardzo dobry produkt od Decubal, recenzja tutaj.
- L'Occitane krem do twarzy Immortelle - zapowiadał się całkiem nieźle, ale cena pełnowymiarowego opakowania powala, więcej tutaj


- Isana mydło w płynie Sensitiv - mydło jak mydło, całkiem fajne w dobrej cenie, nie przesuszało dłoni :).
- Nivea żel pod prysznic water lily & oil - ładnie pachniał, był wydajny, dobrze się pienił, nie przesuszał czyli wszystko, co lubię.
- L'Ocitanne żel pod prysznic Verbena - to samo, co odnośnie żelu Nivea. Zapach bardzo oryginalny i ładny. Więcej tutaj.
- Joanna Naturia truskawkowy peeling myjący - wygrałam w którymś rozdaniu, przyjemniaczek, fajnie pachniał, ale jak dla mnie za mało zdzierał ;).
- Płyn do higieny intymnej Lactacyd hydro-balance - mój pierwszy Lactacyd i kompletnie nie trafiony, zużyłam, bo żal mi było wyrzucić. Mył, ale przy tym powodował lekkie pieczenie... boję się teraz wypróbować klasyczną wersję.


- Szamon do włosów babydream - wielofunkcyjny ulubieniec. Myłam nim pędzle i używałam do zmywania olejów z włosów. Więcej nie będę pisać, bo chyba każda z nas go zna :).
- Odżywka do włosów Nivea Long Repair - hit, hit, hit! Żadna inna odżywka jej póki co u mnie nie zdetronizowała. Recenzja tutaj.
- Szampon do włosów Joanna Argan Oil - szampon jak szampon, niezły, ale szału nie robił. Recenzja tutaj.
- Odżywka do włosów Joanna Argan Oil - mooocno  przeciętna, a nawet mniej, ja się z nią nie polubiłam i nie kupię ponownie. Więcej tutaj


- Płyn do soczewek Bausch + Lomb Bio True - w sumie nie kosmetyk, ale jakoś się przyplątał. Płyn jak płyn, ja między nimi nie widzę żadnej różnicy :D.
- Pasta do zębów Aquafresh - w zasadzie to zużyliśmy chyba 2 tubki. Pokazuję, bo wyjątkowo lubię pasty Aquafresh, a szczególnie w tym opakowaniu! W Polsce chyba nie jest dostępne, ja kupuję tą pastę na stoiskach z niemiecką chemią. Właściwie baaardzo rzadko kupuję jakąkolwiek inną.
- Zmywacz do paznokci Isana - absolutny ulubieniec, nie kupuję innych zmywaczy! Chyba muszę napisać jego recenzję :).
- Dezodorant Nivea Fresh Natural - niezły, dosyć lubię kulki Nivei, ale niestety, upałom nie dał rady. Wrócę do niego jesienią, na razie potrzebuję czegoś "mocniejszego" (używam Rexony w sprayu i jest b. dobra!)

Uff, to już wszystko :). Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Następnym razem postaram się wrzucać ciut mniejsze denka. Już teraz mam minimum 3 kosmetyki na wykończeniu, więc kolejny taki post może będzie już za miesiąc?

26 kwietnia 2013

Decubal cz. IV - pielęgnacja dłoni i przesuszonej skóry ciała (w moim zastosowaniu - stóp ;))

Mam dla Was przedostatnią recenzję dotyczącą kosmetyków Decubal. Tym razem przyszła pora na krem do rąk oraz krem do bardzo suchych miejsc, który ja stosowałam jako krem do stóp. Obydwa produkty nawet polubiłam (choć krem do rąk mniej), ale nie zachwyciły mnie tak, jak kosmetyki recenzowane w poprzednich częściach.


Krem do rąk dostajemy w ładnej, czerwonej tubce mieszczącej 100ml produktu. Wg producenta głównym zadaniem kremu jest nawilżanie, zmiękczanie i ochron naszych dłoni. Krem ma dość gęsta konsystencję, w której wyczuwalne są jakby minimalne grudki. Kolor jest biały, z lekko żółtym zabarwieniem.


Co do działania, byłam zadowolona, ale spodziewałam się więcej - krem nawilżał dłonie, ale nie robił tego w sposób piorunujący i w sumie porównałabym go do wielu drogeryjnych kremów, jeśli chodzi o nawilżanie. Krem przede wszystkim natłuszczał dłonie i to w znacznym stopniu - z tyłu opakowania możemy przeczytać, że 36% kremu to substancje tłuszczowe i daje się to wyraźnie wyczuć. Używałam kremu na noc, bo w ciągu dnia poziom tłustości nie pozwalałby mi normalnie funkcjonować. Nawet przed snem momentami to przeszkadzało, bo mimo długiego wmasowywania kremu w dłonie, krem i tak zostawiał tłustą warstwę.


No i ostatnia sprawa - producent znów obiecuje nam kosmetyk bezzapachowy. Moim zdaniem bezzapachowy a bez substancji zapachowych to dwie różne sprawy i producent powinien o tym pamiętać, bowiem wg mnie ten krem lekko śmierdzi. Może nie jest to jakiś odór, ale na pewno nie jest to przyjemny, kremowy zapach. Zapach bardzo mnie drażnił, w duecie z tłustością sprawił, że 1/3 kremu, jaka mi pozostała, oddałam Mamie.


Drugi krem, o jakim chcę napisać, to Intensive cream, czyli intensywnie odżywczy i regenerujący krem do skóry suchej i atopowej. Decubal zasypał mnie wszelkimi kremami, więc dla tego znalazłam specjalne zastosowanie - jako kremu do stóp, ponieważ w okresie stosowania na szczęście nie miałam większych problemów z suchością kolan czy łokci (którym wystarczał recenzowany już clinic cream), stopy natomiast były bardzo wdzięczne za dodatkową porcję nawilżenia.


Krem jest w sumie dość podobny do brata do rąk. Ma biały kolor i bardzo gęstą konsystencję - tak gęstą, że czasami musiałam włożyć sporo siły, żeby wydobyć go z tubki :P (która notabene ma także 100ml). Wmasowywałam go w stopy przed snem, na które potem zakładałam skarpetki. Krem zostawia również tłustawą warstwę, ale skarpetki po nocy nie kleją się jakoś do stóp, jak to czasami bywa :P. Krem bardzo dobrze nawilżał i zmiękczał moje stopy, więc byłam z niego zadowolona. Myślę, że z pewnością będzie się dobrze spisywał przy stosowaniu na inne przesuszone części ciała.


PS: W weekend majowy możecie się spodziewać luźniejszych, niekoniecznie kosmetycznych postów :).

11 kwietnia 2013

Decubal cz. III - pielęgnacja ciała, ta bardziej i nieco mniej typowa ;)

Dziś kolejna, trzecia z pięciu planowanych recenzji kosmetyków Decubal. Kolejna recenzja i kolejne pozytywne zaskoczenie, naprawdę aż się dziwię, że z 11 kosmetyków, które otrzymałam do testów, właściwie każdy jeden się świetnie spisywał.


Zacznę od kosmetyku, który mnie bardzo zaskoczył - Decubal Clinic Cream, czyli odżywczy i nawilżający krem do skóry suchej i atopowej. Krem dostajemy w ładnej, dużej tubie (bo ciężko nazwać to tubką :P) mieszczącej 250ml produktu.

Krem ma biały kolor i dość gęstą, treściwą konsystencję. Producent mówi, że to krem, który możemy stosować "od stóp do głów" i ma rację. Do twarzy tego kremu nie stosowałam, za to już "od stóp do szyi" - owszem.


Przyznaję, akurat jeśli chodzi moje "ciało" jako takie, czyli od głowy w dół, raczej nie mam skóry atopowej, za to miejscami bywa mocno przesuszona. Na początku mojej przygody z pielęgnacją, aby w  ogóle zmobilizować się do balsamowania, kosmetyk musiał dla mnie przede wszystkim pachnieć i w sumie nadal tak jest - uwielbiam wszystkie "jedzeniowe" zapachy balsamów do ciała i takie królują w mojej łazience. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po kolejnych wyjściach spod prysznica czy z wanny, zamiast sięgnąć po kuszący czekoladowy balsam do ciała, wolałam sięgnąć po (znów w teorii) bezzapachowy krem Decubal. Dlaczego?


Bo ten krem NAWILŻA! I to nawilża jak diabli, w porównaniu do "niby-nawilżających" produktów drogeryjnych (do tej pory myślałam, że i one nawilżają, ale chyba po prostu brakowało mi porównania). Zapach, mimo zapewnień producenta krem ma, i to średnio przyjemny, raczej obojętny, ale bardzo szybko się ulatnia. Za to skóra po użyciu tego balsamu jest po prostu cudowna - nawilżona, aksamitna, mięciutka, sprężysta, odżywiona, ukojona... po prostu raj. Nigdy nie sądziłam, że będę w stanie jasno określić czy dany produkt naprawdę nawilża, ale po przetestowaniu tego kosmetyku mogę powiedzieć jedno - ten krem nawilża. Co do innych, stosowanych przeze mnie, już nie jestem taka pewna.


Kolejnym kosmetykiem, który zaliczyłam do "cielesnej" kategorii jest Decubal Anti-Itch Gel - łagodzący i kojący żel przeznaczony do skóry podrażnionej. Dostajemy go w zmatowionej, przeźroczystej tubce o pojemności 100ml. Jak nazwa wskazuje, jest to żel o przeźroczystym kolorze, który przy rozprowadzaniu dość szybko się wchłania i staje się lekko wodnisty - nie tak, jak niekiedy inne żele - klejący.


Prawdę mówiąc, ze wszystkich otrzymanych kosmetyków, ten był dla mnie największą zagadką i nie za bardzo wiedziałam, jak się do niego zabrać... Jest to moim zdaniem zdecydowanie żel "do zadań specjalnych". Na szczęście nie miałam ich zbyt wiele w ostatnim czasie, jednak byłam ciekawa jego działania, więc musiałam kombinować ;). Przetestowałam żel na mocno podrażnionej, wysuszonej i obtartej skórze Narzeczonego, na swoich łydkach po goleniu i na swoim nosie podczas kilkudniowego, uciążliwego kataru. Efekty? Za każdym razem takie same, czyli: zero pieczenia, nawilżenie i natychmiastowa ulga. Żel jest bezzapachowy i tym razem naprawdę tak jest ;). Wydaje mi się, że będzie genialny np. na poparzenia słoneczne, więc w sam raz do wakacyjnej apteczki.

8 kwietnia 2013

Decubal cz. II - czysta przyjemność, czyli pianka do mycia twarzy i olejek pod prysznic i do kąpieli

Znów zniknęłam, znów mam winowajcę - tym razem praca licencjacka... Jutro jednak mam zamiar oddać drugi rozdział, a wtedy pozostaje już "tylko" trzeci - do którego, przypominam, będę Was potrzebować ;). W kwietniu na blogu pewnie pojawi się link do ankiety przeprowadzanej w ramach moich badań blogosfery i współprac, mam nadzieję, że nadal jesteście gotowe pomóc :).

Tymczasem jednak kolejne recenzje produktów Decubal - kolejne dwa bardzo dobre produkty, tym razem myjące - pianka do twarzy i olejek pod prysznic/do kąpieli.

Zacznę od nawilżającej pianki do mycia twarzy, czyli po prostu Decubal Face Wash. Wydaje mi się, że o tym produkcie zrobiło się już nieco głośno, bo chyba większość z recenzujących dziewczyn była z niego bardzo zadowolona, ja również jestem :).


Opakowanie pianki jest dość standardowe jak na pianki do mycia twarzy, ale estetyczne i minimalistyczne. Dzięki przeźroczystej butelce widać, ile jeszcze produktu nam zostało. Pianka ma pojemność 150ml, ale jest bardzo wydajna - stosuję dwie pompki przy każdym demakijażu od około miesiąca, a zużyłam dopiero ok. 1/3 opakowania.

Produkt ma formę pianki, która pozytywnie zaskakuje - nie znika i nie spływa z twarzy w niewiadomych okolicznościach, jest dość gęsta i bardzo fajnie myje się nią twarz, daje takie aksamitne uczucie na skórze. Ten produkt też faktycznie jest właściwie bezzapachowy, może odrobinę wyczuwalna jest jakaś delikatna nuta, ale nie jest to zapach ani trochę narzucający się, bo nawet nie potrafię go przywołać w głowie.


I najważniejsze, czyli samo działanie - do umycia twarzy używam dwóch pompek produktu, co całkowicie wystarcza - być może wystarczyłaby i jedna, ale wolę więcej, niż mniej ;). Dokonuję z jej pomocą demakijażu, zmywając również makijaż oczu.Nie zawsze poradzi sobie z mocniejszym makijażem, ale wtedy pomagam sobie dodatkowym płynem do demakijażu oczu. Pianka nie podrażnia, bardzo dobre myje - naprawdę, zaskakująco dobrze, jak na piankę - skóra po umyciu jest przyjemna i nie mam uczucia ściągnięcia. Nie wiem, czy produkt nawilża, bo zawsze i tak stosuję krem nawilżający, ale na pewno też nie wysusza. Kolejny fantastyczny kosmetyk!


Drugi na dzisiaj kosmetyk to Decubal Shower & Bath Oil, czyli olejek pod prysznic i do kąpieli. Kosmetyk dostajemy w butelce o pojemności 200ml z bardzo wygodnym zamknięciem. Do opakowania dołączona jest mała saszetka z aromatem zapachowym - sam olejek jest całkowicie bezzapachowy, ale możemy dodać do niego saszetkę zapachową o zapachu grejpfrutowym, co ja uczyniłam. Zapach jest delikatny i lekko orzeźwiający.


Olejku można używać dwojako - najpierw przetestowałam go jako dodatek do kąpieli. Niestety, trzeba nalać go dość sporo, zapach szybko się ulatnia, słabo się pieni... Jednak skóra po takiej kąpieli jest wyraźnie nawilżona i dopieszczona.


Pełnię swoich możliwości olejek uwalnia, kiedy stosujemy go jako produkt do mycia ciała. Ślicznie pachnie na skórze (choć zapach nie utrzymuje się po kąpieli), dobrze myje, nałożony na gąbkę wytwarza wystarczającą ilość piany, a co najważniejsze, cudownie otula i nawilża skórę... Bardzo się z nim polubiłam i z chęcią go stosuję, kiedy czuję, że moja skóra jest nieco bardziej przesuszona. Po takim umyciu ciała nie odczuwam już potrzeby nakładania dodatkowych balsamów po kąpieli. Decubal po raz kolejny się wykazał, choć nie wiem, czy kupię olejek ponownie - mimo wszystkich atutów, chyba wolę zwykłe żele pod prysznic.

31 marca 2013

Decubal cz. I - produkty do twarzy: krem pod oczy, krem do twarzy i balsam do ust

Wiem, że pewnie niektóre z Was mają już dość recenzji produktów Decubal, ale teraz przyszła moja kolej na dorzucenie kilku groszy do krążących dotychczas opinii :).

Recenzji będzie kilka, postanowiłam opisać kosmetyki pewnymi kategoriami - pielęgnacja twarzy, ciała, dłoni etc., choć niektóre kosmetyki oczywiście mają zastosowanie i do ciała, i do twarzy (lub inne kombinacje). Poza tym - kosmetyki tak pozytywnie mnie zaskoczyły, że pisanie tych recenzji z pewnością nie jest przykrym obowiązkiem, a pewną "misją" szerzenia wiadomości o dobrych kosmetykach, do której podchodzę z entuzjazmem ;).

Na pierwszy rzut wybrałam kosmetyki do pielęgnacji twarzy, bo te chyba polubiłam najbardziej.


Chyba moim największym faworytem z całej decubalowej grupki jest maleństwo, jakim jest regenerujący i ujędrniający krem pod oczy, czyli Decubal Eye Cream. Jestem niemal pewna, że sięgnę po ten kosmetyk ponownie, kiedy wykończę obecne opakowanie.


Pierwszym plusem, jaki zauważyłam tuż po wyciągnięciu kremu z kartonika, jest opakowanie. Zawiera 15ml produktu - czyli standardową pojemność jak na krem pod oczy. Opakowanie jest bardzo estetyczne i solidne, co najlepsze - z pompką. Jak dla mnie ideał :).


Sam krem ma bardzo lekką konsystencję, jest jak mgiełka - odrobina wystarczy, by pokryć nim skórę wokół oczu (krem stosuję nie tylko pod oczy, ale też na powieki). Jednak mimo lekkiej formuły, krem po nałożeniu na skórę wydaje się dość treściwy (ale nie ciężki czy tłusty) - wręcz czuję, jak odżywia skórę. Wg producenta jest bezzapachowy, jak dla mnie ma bardzo delikatny, nieokreślony zapach, ale jest on naprawdę prawie niewyczuwalny.


Jeśli chodzi o działanie, jestem bardzo zadowolona. Od kremu wymagam przede wszystkim nawilżenia skóry i z tego zadania Decubal wywiązuje się znakomicie. Ciężko mi ocenić efekt ujędrniający, bo na szczęście na razie nie mam z tym problemów ;). Co najważniejsze - krem naprawdę się wykazał, bo od października notorycznie męczył mnie problem z powiekami - mnóstwo produktów mnie podrażniało, oczy bywały totalnie spuchnięte (raz po nocy ledwo mogłam otworzyć powieki), skóra się bardzo łuszczyła, piekła... Decubal nie wywołał u mnie takich objawów - a wcześniej niemal KAŻDY kosmetyk do twarzy/oczu mnie skrajnie podrażniał. Odkąd stosuję ten krem pod oczy, problem zniknął. Uff!


Kolejnym świetnym produktem, jest odżywczy intensywnie nawilżający krem do twarzy - Decubal Face Cream. Kremów do twarzy używam namiętnie i nie wyobrażam sobie nie nałożyć takowego po wieczornym demakijażu (rano rzadko używam kremów, wiem, zło :P). Krem ma pojemność 50ml, a więc całkiem sporą, i zamknięty jest w ładnym, plastikowym - a więc lekkim - słoiczku z matowego, przeźroczystego plastiku z czerwoną zakrętką. Słoiczek ma dość duży otwór, więc łatwo można nabrać krem, bez obaw, że wejdzie nam pod paznokcie przy nabieraniu.


Na początku do kremu podchodziłam dość sceptycznie, bo nie przemówiła do mnie jego konsystencja. Ciężko mi ją opisać, ale nie jest to taki puszysty krem - że zanurzam palce i nabieram kupkę kremu, którą aplikuję na twarz. Krem ma dość zbitą formułę, taką "śliską" i nabieram go po prostu ślizgając palcami po powierzchni kosmetyku. Chyba pierwszy raz spotkałam się z taką formułą w przypadku kremu do twarzy, ale aplikacja przebiega bezproblemowo i krem bardzo ładnie rozprowadza się na twarzy i dość szybko wchłania.


Działanie również mogę ocenić jako bardzo dobre. Krem daje uczucie faktycznego odżywienia i nawilżenia - jednak w przypadku tego drugiego, nie jest to wg mnie taki efekt natychmiastowy, jednak przy dłuższym stosowaniu wyraźnie odczułam, że krem faktycznie nawilża skórę - właśnie tak, jak trzeba, czyli "dogłębnie", a nie powierzchniowo. Suche skórki u mnie właściwie całkowicie zniknęły, nie pojawiły się żadne podrażnienia, krem stosowałam czasami też na powieki i ich również nie podrażnił. Krem na 5+ :).


Aha, co do zapachu - wszystkie kosmetyki Decubal są z założenia bezzapachowe, jednak krem ma wyraźny zapach, którego nie jestem w stanie określić. Krem nie jest w żaden sposób perfumowany, jednak same składniki aktywne chyba mają swój specyficzny zapach, bo krem z pewnością pachnie i zapach utrzymuje się na twarzy jeszcze chwilę po aplikacji.


Ostatnim produktem, jaki chciałam Wam dzisiaj pokazać, jest balsam do ust i miejscowo zmienionej, popękanej i suchej skóry - Decubal Lips & Dry Spots Balm. Jego pojemność to 30ml, dostajemy go w malutkiej, ale dość solidnej, białej tubce - opakowanie ładne i odporne na tarmoszenie ;). "Minusem" jest fakt, że balsam nie ma specjalnie wyprofilowanego dziubka - aby zaaplikować go na usta, musimy wycisnąć odrobinę i nałożyć ją palcem.


Balsam ma bardzo gęstą, skoncentrowaną konsystencję - ciężko go wycisnąć z tubki, ale dzięki takiej formule jest bardzo wydajny. Nie wygląda zbyt zachęcająco - jest półprzeźroczysty i ma żółtawy kolor - wygląda jak jakaś apteczna maść, podobnie też pachnie/śmierdzi - znów z założenia mamy produkt bezzapachowy, który w praktyce ma dość mocny i w dodatku mało przyjemny zapach, jednak można się do niego przyzwyczaić, a jego działanie wynagradza małe męki dla nosa ;).


Balsam po nałożeniu na usta wygląda, jak lekki, przeźroczysty błyszczyk - usta są pokryte nieco błyszczącą warstwą produktu, jest to ładny i dość naturalny efekt. Z pewnością regeneruje i odżywia usta, pomaga na wszelkie pęknięcia i boleści. Jednak nie wiem, czy balsam przypadkiem nie "uzależnił" moich ust - przy regularnym stosowaniu, kiedy odstawiam balsam np. na jeden dzień, usta nagle pieką i są w dość tragicznym stanie - kiedy znów używam balsamu, wszystko wraca do normy. Kiedy całkiem odstawiłam ten balsam i przerzuciłam się na Niveę, problem zniknął... Balsam jednak i tak lubię i używać będę, ale dość sporadycznie - regeneruje naprawdę dobrze, ale chyba nie powinno się przesadzać z częstotliwością nakładania.

Produkt można też stosować na inne suche i popękane miejsca - dobrze odżywia skórki u paznokci, stosowałam go też na łokieć Narzeczonego, kiedy go sobie obtarł (w sumie, nie wiem, co mu się stało - chyba podrażniła mu się skóra od opierania łokci o blat, gdy miał na sobie dość grubo pleciony sweter) i skóra była dość przesuszona i podrażniona. Pomogło, choć nie zagoiło - ale tutaj po prostu potrzebna była profilaktyka w postaci mniej drażniących tkanin :P. Podsumowując - dla balsamu, podobnie, jak dla innych produktów - kolejne "tak"!

Wiem, że brzmi to podejrzanie, że wszystkie kosmetyki tak wychwalam. Ale co zrobić, skoro naprawdę tak pozytywnie mnie zaskoczyły? Mogę Was zapewnić, że to, iż kosmetyki dostałam w ramach współpracy, w żaden sposób nie wpłynęło na moją recenzję.

3 marca 2013

Parę nowych nabytków, czyli paaaczkiii :)

W ciągu ostatnich 2 tygodni przyszło do mnie kilka mniej lub bardziej wyczekiwanych paczek, a skoro dotarły już wszystkie, najwyższy czas pokazać je na blogu :). Przy okazji, jest to blogowy debiut nowego tła dla zdjęć - postanowiłam spróbować robić zdjęcia na parapecie w nowym mieszkaniu, taka mała odmiana dla bloga. Co prawda w edytowaniu te zdjęcia są ciut kapryśniejsze, bo jednak łatwiej dostosowywać niektóre parametry na białym tle, więc ostatecznie żałuję, że nie zrobiłam zdjęć standardowo na białym tle, no ale... ;)

Pierwsza paczka, to przesyłka od firmy Decubal, z którą również ja podjęłam współpracę. Moja cera ostatnio uparcie zmierzła w kierunku suchej i wrażliwej, więc ucieszyłam się na możliwość testowania tych dermokosmetyków. Paczka była naprawdę sporych rozmiarów i kilka kosmetyków odstąpiłam do testów Mamie, która też miewa problemy z przesuszoną skórą.



Druga paczka, to coś nie-kosmetycznego, czyli... Organizer Ślubny MyMission. Pewnie większość z Was zna dość popularny Notatnik Panny Młodej, do mnie on jednak jakoś nie do końca przemawiał. Na jakiejś stronie natrafiłam na konkurencyjny Organizer Ślubny, który zainteresował mnie nieco innym układem treści w porównaniu od NPM, i dzięki uprzejmości właścicieli firmy, mógł on trafić w moje ręce. Wiosną pewnie zacznę ślubne planowanie, więc organizer z pewnością mi się przyda i z chęcią napiszę o nim kilka słów na blogu :)



Następna paczka to walentynkowe zakupy na stronie Candle Room. Dzięki Jamapi dowiedziałam się o walentynkowej promocji - wysyłka powyżej 14zł za darmo, a jako że woski Yankee Candle kusiły mnie od dawna, postanowiłam w końcu skorzystać z oferty i kupić kilka do nowego mieszkania. Testowałam do tej pory dwa - lemon lavender i vanilla cupcake i obydwa bardzo mi się podobają, choć spodziewałam się ciut intensywniejszego zapachu, przynajmniej w kwestii waniliowej babeczki.


Ostatnie dwie paczki są zdominowane przez firmę Balea ;). Do tej pory nigdy nie miałam z ich kosmetykami do czynienia, poza jednym balsamem wygranym w rozdaniu, a słyszałam o nich wiele dobrego i znów kierowana koniecznością zrobienia zakupów "pielęgnacyjnych" do nowego mieszkania, postanowiłam zaszaleć i zrobić zakupy na Allegro. Nie należę do tych, które robią zapasy pielęgnacji (chyba że "same się zrobią", czyli coś kupię, coś wygram, coś dostanę :P), więc przeprowadzając się, miałam puściutką łazienkę, którą musiałam czymś zapełnić. Postawiłam na Baleę, której byłam ciekawa od dawna. Kupiłam balsam do ciała, żel pod prysznic, szampon do włosów i dwa kremy do rąk. Kosmetyki są już w trakcie używania (poza szamponem do włosów) i jestem z nich bardzo zadowolona :).


W kilka dni po zrobieniu zakupów na Allegro, okazało się, że wygrałam rozdanie na fanpage'u Kokardi, gdzie wygrałam zestaw kosmetyków Balea :). Zawartość przesyłki miała być niespodzianką i tak też było, otrzymałam żel pod prysznic i balsam do ciała z makaronikowej serii o zapachu fig i czekolady. Jak widzicie, taki sam żel pod prysznic kupiłam na Allegro, ale zapach bardzo mi się podoba, a żele pod prysznic zawsze się zużyje, więc nie narzekam :). Tak więc moją łazienkę zdecydowanie zdominowała Balea, jeśli doliczyć jeszcze wygrany jakiś czas temu makaronikowy migdałowo-wiśniowy balsam, który czekał w zapasach ;).


O czym chciałybyście poczytać najszybciej? I jakie zdjęcia wolicie - klasyczne, na biało, czy z nowym tłem? :>