Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balea. Pokaż wszystkie posty
1 marca 2014
Denko 1/2014 - czyli masa pustych opakowań
Pierwsze denko w nowym roku - muszę przyznać, że od długiego czasu jestem zadowolona z tempa i ilości zużywanych kosmetyków :) W łazience w końcu robi się miejsce na "oddech".
L'Occitane - lawendowe mydło w płynie - klik - zużyliśmy je z żalem, bo nie tylko ja je polubiłam, ale także mój Narzeczony. Delikatny, kojąco-orzeźwiający zapach lawendy, gęsta konsystencja, która nie wysuszała rąk... marzenie! Gdyby nie zaporowa cena, na pewno kupiłabym ponownie.
Cece of Sweden - Argan Conditioner - rzadko w denku zamieszczam próbki, bo zwykle spływają po mnie jak woda po kaczce... czyli nie zachwycam się nimi. Tą próbkę dostałam podczas zakupów w Super-Pharm i przepadłam! Użyłam tej odżywki dwa razy, a efekty odczuwałam na moich włosach przez kilka dni po użyciu, mimo ponownego mycia włosów! Pierwszy raz spotkałam się z takim działaniem, odżywka idealnie nawilża i wygładza włosy, ma ciekawy, ładny zapach... Pierwszy raz zdarzyło mi się po użyciu próbki lecieć do drogerii i kupować pełnowymiarowe opakowanie produktu. Jestem pod wrażeniem!
Balea - kokosowa odżywka do włosów - bardzo fajna odżywka, duet wraz z szamponem bardzo przypadł mi do gustu. Zużyłam z przyjemnością, polubiłam ją, ale jednak do grona "naj" się nie zakwalifikowała (to miejsce okupuje powyższa odżywka z Cece oraz Nivea).
Etykiety:
Avon,
Balea,
balsam do ciała,
Batiste,
Bell,
Bielenda,
Cece of Sweden,
Cleanic,
Isana,
Isana Med,
Joanna,
kredka do oczu,
krem do rąk,
Lovely,
odżywka do włosów,
płyn do kąpieli,
projekt denko,
tusz do rzęs
17 września 2013
Denko 3/2013
Pogoda jest tragiczna, a mnie samą powoli rozkłada jakieś małe przeziębienie - pewnie efekt przewiania na sobotnim weselu. Tymczasem mam dla Was kolejne duże denko. Ostatnio denkowanie idzie mi całkiem sprawnie, za to przystopowałam z zakupami, z czego bardzo się cieszę. Na początku blogowania wydawanie pieniędzy na kosmetyki szło mi baaardzo lekką ręką, teraz myślę nad niemal każdym zakupem i prawie nigdy nie kupuję czegoś bez promocji lub po prostu jeśli coś jest mi zbędne. Jestem z siebie dumna :)
Na pierwszy ogień dwie rzeczy z kolorówki:
- Podkład Revlon Colorstay - kupiłam go dzięki promocji na Grouponie, niestety mój odcień okazał się dla mnie ciut za ciemny i długi czas musiałam go mieszać z jasnymi podkładami, z kolei w lecie podkład był dla mnie za ciężki. Rozumiem jego fenomen, ale ja jednak wolę nieco inną formułę podkładów.
- Tusz Max Factor 2000 Calorie - kolejny kultowy produkt, którego miałam przyjemność używać po raz pierwszy. Kupiłam go rok temu na promocji w SP za 10zł i długo czekał na swoją kolej ;). Na początku mnie nie zachwycił, a później im był starszy, tym lepszy. Efekt jaki dawał określiłabym jako naturalne, mocne podkreślenie, coś w sam raz na co dzień.
- Isana, zmywacz do paznokci - mój ideał, zużyłam dziesiątki butelek i będę kupowała nadal.
- Rexona, dezodorant Crystal Diamond - byłam wierna dezodorantom w kulce lub sztyfcie, ten kupiłam ze względu na fajną promocję. Całkiem dobry ;)
- Babydream, oliwka dla dzieci - jest u mnie zawsze obecna, dawniej używałam do olejowania włosów, teraz do zmywania makijażu, peelingu kawowego, nawilżania ciała czy łagodzenia skóry po depilacji woskiem.
- Altera, olejek migdał i papaja - kolejny must-have, uwielbiam jego zapach i właściwości, dzięki olejowaniu tym produktem paznokci moje paznokcie osiągnęły stan niemal idealny. Więcej tutaj.
- Colgate, pasta do zębów - pojawiła się tutaj w zasadzie przypadkiem, pasta jak to pasta ;).
- Nić dentystyczna Oral B Pro Expert - w zasadzie może i nie powinno jej tutaj być, ale to zdecydowanie najlepsza nić dentystyczna, jakiej kiedykolwiek używałam. Różni się od innych w pozytywny sposób.
- Balea, krem do rąk z masłem shea i olejkiem arganowym - bardzo fajny krem na co dzień do używania "na szybko", więcej tutaj.
- Kamill, krem do rąk Hand Repair - kupiłam na promocji w SP za niecałe 10zł, bardzo treściwy i dobry krem dobry do stosowania na noc.
- Ziaja, krem do twarzy masło kakaowe - kupiłam za grosze podczas promocji w Rossmannie. Jest dość tłusty i treściwy, ale ma świetny zapach i moja skóra go polubiła. Chętnie kupię ponownie, bo w tej cenie to produkt niemal idealny ;).
- Cien, krem do rąk z migdałami i masłem shea - znów produkt kupiony za grosze w Lidlu. Zerknęłam na skład podczas zakupów i dość pozytywnie się zaskoczyłam, bo faktycznie widnieje w nim olejek z migdałów i masło shea. Bardzo dobry krem :).
- Alterra, peeling pod prysznic kwiat pomarańczy i brązowy cukier - dla mnie bubelek, więcej tutaj.
- Wellness&Beauty, peeling do ciała algi morskie i minerały - jak dla mnie prawie ideał, końcówkę trzymałam "na specjalne okazje" i dopiero ostatnio przypomniałam sobie, że warto go w końcu zużyć ;). Więcej tutaj.
- Paloma, peeling do dłoni - dla niektórych peeling do dłoni to fanaberia, ja jednak uwielbiam ten kosmetyk i chętnie kupię go ponownie, jak na niego trafię. Podobnie jak z tym powyżej, trzymałam końcówkę, bo po prostu żal było mi go wykończyć ;). Więcej tutaj.
- Balea, szampon do włosów z mango i aloesem - bardzo fajny szampon, obecnie zużywam drugą butelkę. Jednak dla mnie większość szamponów jest w porządku, jakiś musi mi naprawdę robić krzywdę, żebym zauważyła różnicę między produktami ;).
- Garnier, odżywka z awokado i masłem karite - bardzo dobra odżywka, choć dla mnie nie zdetronizuje Nivei Long Repair. Recenzja będzie wkrótce :).
- Decubal, pianka do mycia twarzy - świetny produkt, więcej tutaj.
- Nivea, balsam pod prysznic - dostałam próbkę podczas zakupów w SP i rozumiem fenomen tego produktu :). To bardzo fajna opcja dla leniwców i na lato, może kiedyś kupię pełnowymiarowe opakowanie, najpierw jednak muszę zużyć ogromne zapasy balsamów, jakie mam ;).
- Balea, żel pod prysznic figi i czekolada - bardzo fajny żel, choć zapach nie wszystkim odpowiada, ja się jednak z nim polubiłam. A żele Balea uwielbiam :). Więcej tutaj.
- Nivea for Men, żel pod prysznic Muscle Relax - zużyty przez Narzeczonego, fajnie pachniał i wystarczył na bardzo długo ;).
- Isana Med, żel pod prysznic z olejkiem pomarańczowym - bardzo fajny żel, zostawiał skórę nawilżoną i miał bardzo oryginalny, wakacyjny zapach. Więcej tutaj.
- Clear Men, przeciwłupieżowy szampon do włosów - kolejny produkt Narzeczonego, który niestety boryka się z łupieżem. Szampon na początku stosowania działał fantastycznie, teraz raz działa lepiej, raz gorzej, ale ciągle to najlepszy szampon przeciwłupieżowy, jakiego używał TŻ. To druga zużyta butelka, w łazience jest już trzecia.
I to by było na tyle. Nie spodziewałam się tak obszernego denka, jednak cieszy mnie ono i liczę na to, że kolejne znów będzie tak obfite :).
Etykiety:
Alterra,
babydream,
Balea,
krem do rąk,
Nivea,
odżywka do włosów,
olej,
olejek,
oliwka,
peeling do ciała,
podkład,
projekt denko,
Revlon,
szampon do włosów,
tusz do rzęs,
Ziaja,
żel pod prysznic
15 sierpnia 2013
Żele pod prysznic Balea - raj dla zmysłów! :) Hawajski ananas, brazylijskie mango i czekolada z figami
Jeszcze niedawno należałam do osób, które nie miały w swojej łazience nic z dobroci DMu. Jednak ten stan zaczął się u mnie stopniowo odmieniać i w obecnie jakieś 80% kosmetyków w mojej łazience to Balea właśnie! :)
Najpierw wygrałam jeden balsam do ciała w rozdaniu, później kupiłam sobie kilka kosmetyków na Allegro (możecie zerknąć tutaj), później wygrałam zestaw żel + balsam na fanpage'u Kokardi, a nie tak dawno temu Enka rozpieściła mnie cudowną paką, jaką udało mi się wygrać w rozdaniu. Patrzcie, jakie skarby były w środku:
Większość z nich oczekuje grzecznie na swoją kolej w łazienkowej szafce. W ruch jednak poszły żele pod prysznic o absolutnie cudownych zapachach. W sumie obecnie pod prysznicem stoją u mnie 3 opakowania żeli pod prysznic Balea i właśnie o nich mam zamiar napisać dzisiaj kilka słów.
Żele mają nieco większą pojemność 300ml. Wszystkie opakowania mają ten sam, nieco prostokątno-trapezowy kształt. Z pewnością przyciągają uwagę śliczną stroną graficzną - są bardzo kolorowe i naprawdę estetycznie się prezentują, wizualizując przy okazji swoją zawartość pod kątem zapachu. Wszystkie żele mają fajną, żelowo-kremową konsystencję. Nie jest zbyt rzadka, ani zbyt gęsta i dobrze się pieni. Nie przesuszają skóry. A co najważniejsze... zabójczo pachną!
Figi i czekolada - żel pochodzi chyba z jednej z edycji limitowanych, więc nie wiem, czy można go jeszcze dostać. Ma cudowny zapach - czekoladowy, ale połączenie z figami daje inny efekt, niż w większości "czekoladowych" kosmetyków. Dla mnie jest to czekolada, ale raczej gorzka, niż mleczna, doprawiona nieoczywistą nutą fig. Mam także balsam do ciała z tej serii i użycie duetu sprawia, że zapach utrzymuje się naprawdę długo. Latem wolę bardziej owocowe zapachy, ale cieszę się, że mam zachomikowaną jeszcze jedną butelkę - będzie na jesień! Jest to cudowna słodycz, ale absolutnie nie przesłodzona :).
Hawajski ananas - ten żel i jego brat o zapachu mango, to znów chyba edycja limitowana na tegoroczne wakacje. Obydwa są absolutnie cudowne! Uwielbiam używać ich po porannym treningu, bo nastrajają pozytywnie na resztę dnia. Zapach jest naprawdę apetyczny i przypomina prawdziwego ananasa. Nie wyczuwam w nim chemii. Jest słodki i intensywny, ale przy tym energetyczny. Niestety, nie wyczuwam kokosa, który ponoć znajduje się w tej kompozycji zapachowej. Jednak i tak uwielbiam ten zapach :).
Brazylijskie mango - szczerze powiedziawszy, mango chyba w życiu nie jadłam i jego zapach znam tylko z produktów o tym zapachu. W sumie, trochę się go obawiałam, albowiem do tej pory miałam do czynienia raczej z bardzo chemicznymi i sztucznymi zapachami mango, które mnie odpychały. Nie w tym przypadku! Podobnie jak u ananasowego brata, żel pachnie energetycznie i absolutnie soczyście. Poprawia humor i przez niego mam ochotę spróbować tego owocu... :). Chyba nawet wygrywa u mnie w rywalizacji z ananasem!
Podsumowując, ja tam żele Balei baaardzo polubiłam. Czasami wolę zrobić odskocznię i użyć np. bardziej kremowego żelu lub po prostu czegoś bardziej neutralnego zapachowo. Jednak te żele mają wiele plusów, które sprawią, że chętnie sięgnę po kolejne edycje zapachowe. Cudowne zapachy, świetna szata graficzna, niska cena, fajna konsystencja i piana, brak wysuszenia... Czego chcieć więcej :).
Najpierw wygrałam jeden balsam do ciała w rozdaniu, później kupiłam sobie kilka kosmetyków na Allegro (możecie zerknąć tutaj), później wygrałam zestaw żel + balsam na fanpage'u Kokardi, a nie tak dawno temu Enka rozpieściła mnie cudowną paką, jaką udało mi się wygrać w rozdaniu. Patrzcie, jakie skarby były w środku:
Większość z nich oczekuje grzecznie na swoją kolej w łazienkowej szafce. W ruch jednak poszły żele pod prysznic o absolutnie cudownych zapachach. W sumie obecnie pod prysznicem stoją u mnie 3 opakowania żeli pod prysznic Balea i właśnie o nich mam zamiar napisać dzisiaj kilka słów.
Żele mają nieco większą pojemność 300ml. Wszystkie opakowania mają ten sam, nieco prostokątno-trapezowy kształt. Z pewnością przyciągają uwagę śliczną stroną graficzną - są bardzo kolorowe i naprawdę estetycznie się prezentują, wizualizując przy okazji swoją zawartość pod kątem zapachu. Wszystkie żele mają fajną, żelowo-kremową konsystencję. Nie jest zbyt rzadka, ani zbyt gęsta i dobrze się pieni. Nie przesuszają skóry. A co najważniejsze... zabójczo pachną!
Figi i czekolada - żel pochodzi chyba z jednej z edycji limitowanych, więc nie wiem, czy można go jeszcze dostać. Ma cudowny zapach - czekoladowy, ale połączenie z figami daje inny efekt, niż w większości "czekoladowych" kosmetyków. Dla mnie jest to czekolada, ale raczej gorzka, niż mleczna, doprawiona nieoczywistą nutą fig. Mam także balsam do ciała z tej serii i użycie duetu sprawia, że zapach utrzymuje się naprawdę długo. Latem wolę bardziej owocowe zapachy, ale cieszę się, że mam zachomikowaną jeszcze jedną butelkę - będzie na jesień! Jest to cudowna słodycz, ale absolutnie nie przesłodzona :).
Hawajski ananas - ten żel i jego brat o zapachu mango, to znów chyba edycja limitowana na tegoroczne wakacje. Obydwa są absolutnie cudowne! Uwielbiam używać ich po porannym treningu, bo nastrajają pozytywnie na resztę dnia. Zapach jest naprawdę apetyczny i przypomina prawdziwego ananasa. Nie wyczuwam w nim chemii. Jest słodki i intensywny, ale przy tym energetyczny. Niestety, nie wyczuwam kokosa, który ponoć znajduje się w tej kompozycji zapachowej. Jednak i tak uwielbiam ten zapach :).
Brazylijskie mango - szczerze powiedziawszy, mango chyba w życiu nie jadłam i jego zapach znam tylko z produktów o tym zapachu. W sumie, trochę się go obawiałam, albowiem do tej pory miałam do czynienia raczej z bardzo chemicznymi i sztucznymi zapachami mango, które mnie odpychały. Nie w tym przypadku! Podobnie jak u ananasowego brata, żel pachnie energetycznie i absolutnie soczyście. Poprawia humor i przez niego mam ochotę spróbować tego owocu... :). Chyba nawet wygrywa u mnie w rywalizacji z ananasem!
Podsumowując, ja tam żele Balei baaardzo polubiłam. Czasami wolę zrobić odskocznię i użyć np. bardziej kremowego żelu lub po prostu czegoś bardziej neutralnego zapachowo. Jednak te żele mają wiele plusów, które sprawią, że chętnie sięgnę po kolejne edycje zapachowe. Cudowne zapachy, świetna szata graficzna, niska cena, fajna konsystencja i piana, brak wysuszenia... Czego chcieć więcej :).
13 marca 2013
Kolejne nowości, czyli paczki i zakupy z zeszłego tygodnia
W ostatnim tygodniu wydałam stanowczo za dużo pieniędzy w stosunku do tego, ile miałam na koncie :P. Na szczęście Narzeczony i Mama jak zawsze służyli "pomocą", co pozwoliło mi nieco zaszaleć zakupowo ;). Odkryłam, że w mojej okolicy otworzyli Pepco (hip hip hurra!), poza tym urządziłyśmy z Mamą dwa zakupowe wypady, a takie sytuacje zwykle kończą się nadprogramowymi zakupami... ;).
Na zdjęciach pokażę Wam jedynie moje kosmetyczne łupy, bo tych też oczywiście nie brakowało.
W zeszłym tygodniu również i do mnie dotarł koszyczek od L'Occitane. Nic więcej na jego pisać na razie nie będę, bo chyba wszystko zostało już powiedziane. Biorę się do testów i pewnie za jakiś czas opublikuję posta z mini-recenzjami mini-produktów.
Z okazji Dnia Kobiet i otwarcia sklepu Perelki.eu, skusiłam się z Siostrą na promocję na suche szampony Batiste - -20% na szampony. Od dawna mnie te szampony kusiły, ale było mi żal dopłacać za przesyłkę, a ta promocja sprawiła, że zakup stał się bardziej opłacalny. Dla siebie wzięłam wersję Lace i Tropical, moja Siostra wybrała Fresh, a do tego dostałam gratis mniejszą wersję Cherry. Dziś szampon poszedł pierwszy raz w ruch i utwierdziło mnie to w przekonaniu, że to był dobry zakup ;).
Dokonałam też małej wymianki z Sajjidaą. Wybrałam dla siebie 20ml zapach Yves Rocher ananasowo-kokosowy - będzie świetny na lato oraz... kolejny żel Balei, Peachy Rose - bo żele nigdy się nie zmarnują :).
Tydzień temu zajrzałam też do Rossmanna, gdzie na promocji po 7,99zł były płyny do kąpieli Luksja, które ostatnio zdominowały blogi ;). Uwielbiam słodkie zapachy "do zjedzenia" i moim łupem padły dwa: karmelowy wafelek i ciasto cytrynowe. Ten drugi kupiłam bardziej z myślą o Narzeczonym, bo on słodkości nie lubi, za to cytrynowe słodycze są wyjątkiem ;). Obydwa zapachy są obłędne, choć do mnie bardziej trafia karmelowy. Szkoda tylko, że przy dodaniu do wody, zapachy nieco tracą na intensywności :(.
Przy okazji zakupów w Pepco, skusiłam się na lakier Sally Hansen z serii Salon Manicure - były po 10zł, a ten kolor wpadł mi w oko - w sklepie wyglądał na ciekawy, metaliczny fiolet. To nr 330 - Pedal to the Metal - i niestety na paznokciach już nie wygląda tak ładnie i traci swoją fioletową nutę.
Poza kosmetykami, w zeszłym tygodniu w moje ręce trafiło jeszcze mnóstwo skarbów z ww. Pepco - toż to raj, szczególnie w fazie urządzania mieszkania! Kupiłam firanko-zasłonki, jak zaprojektowane do naszego salonu - turkusowo-brązowo-beżowe, może pokażę je Wam jak już zawisną - na razie muszą iść do skrócenia, urocze limonkowe miseczki (pod kolor kuchni z zielonymi akcentami ;)), doniczkę za całe 1,99zł na prymulki, które dostałam od Taty na Dzień Kobiet, turkusową podkładkę na stolik w salonie, kilka przyborów i akcesoriów kuchennych, troszkę bielizny, 2 pary kolczyków po 1,49zł, spodnie dresowe do biegania (które to bieganie mam zamiar rozpocząć w przyszłym tygodniu), podkoszulkę i uroczą bluzkę z kotkami za 10zł ;). Poszalałam w Pepco zostawiając mini-fortunę, ale każda z tych rzeczy osobno była naprawdę tania i mniej lub bardziej, z naciskiem na bardziej, potrzebna.
Poza tym odwiedziłam też Lidla, ponieważ w sobotę wchodziła gazetka sportowa. Niestety, okazało się, że zakupy o 11 to już za późno i to, na co czekałam najbardziej - bluzy sportowe, z myślą o bieganiu - były już strasznie mocno przebrane... Chciałam niebieską S, a zostały same czarne w rozmiarach M i L... Cóż, trudno, wzięłam czarną M - najwyżej pójdzie do zwężenia, mam nadzieję też, że nie będzie za bardzo przyciągała promieni słonecznych. Poza tym kupiłam też opaskę na ramię na komórkę, która także przyda się przy bieganiu oraz 3 słoiki masła orzechowego crunchy - z "tygodnia amerykańskiego" - kupiłam w środę jeden słoik, a w sobotę kolejne 2 - to masło jest po prostu p r z e p y s z n e, zajadamy się z Narzeczonym jak głupki i nakupiliśmy na zapas :D.
Na przechadzce po galerii handlowej z Narzeczonym kupiłam sobie jeszcze opaskę do biegania - wielofunkcyjną, zarówno na szyję, jak i na głowę, z bardzo fajnego materiału - w outlecie Tchibo.
Na zakupach z Mamą kupiłam natomiast na wyprzedaży torebkę z C&A - beżowo-szarą, średniego rozmiaru, za całe 34,90zł ;). Oprócz tego mierzyłam też kurtkę skórzaną z kolekcji Cindy Crawford (chyba...) i się w niej absolutnie zakochałam, jest jak dla mnie kurtką idealną, ale w chwili obecnej niestety nie mogę sobie pozwolić na zakup kurtki za 399zł... :(.
I to by było na tyle... Wiem, poszalałam strasznie i co gorsza, nawet nie wiem kiedy to wszystko trafiło do mojego domu! :P Po prostu jakoś "samo się kupowało", a mnie pozostaje czekać na kolejne stypendium i mieć nadzieję, że już się opanuję ;).
PS: Wiem, trochę poszalałam z zakupami "biegowymi", ale cóż, to troszkę zwiększa motywację, a ja naprawdę mam w planach zacząć biegać od przyszłego poniedziałku. Fakt, nieco zawaliłam, mimo postanowień przed- i noworocznych - od września nie ćwiczyłam prawie wcale. W zeszłym tygodniu byłam przeziębiona, od niedzieli na razie ćwiczę intensywnie w domu, bo pogoda jest bardzo zdradliwa, a ja ledwo się wykurowałam z przeziębienia. Ale plan treningowy jest gotowy i od przyszłego poniedziałku rozpoczynam swoją przygodę z bieganiem :). Jak wytrwam według mojej rozpiski (treningi po 30min 4 razy w tygodniu), sprawię sobie buty biegowe - już mam nawet jedne upatrzone ;).
PS2: Po ponad dwóch latach męczarni z Netią, w końcu mam nowy internet! 4mb zamiast poprzednich 0,5-1,5mb (Netia miała nam dać 2mb, ale w praktyce to było najczęściej pół w porywach do jednego...). Boże, co za ulga! :D
Na zdjęciach pokażę Wam jedynie moje kosmetyczne łupy, bo tych też oczywiście nie brakowało.
W zeszłym tygodniu również i do mnie dotarł koszyczek od L'Occitane. Nic więcej na jego pisać na razie nie będę, bo chyba wszystko zostało już powiedziane. Biorę się do testów i pewnie za jakiś czas opublikuję posta z mini-recenzjami mini-produktów.
Z okazji Dnia Kobiet i otwarcia sklepu Perelki.eu, skusiłam się z Siostrą na promocję na suche szampony Batiste - -20% na szampony. Od dawna mnie te szampony kusiły, ale było mi żal dopłacać za przesyłkę, a ta promocja sprawiła, że zakup stał się bardziej opłacalny. Dla siebie wzięłam wersję Lace i Tropical, moja Siostra wybrała Fresh, a do tego dostałam gratis mniejszą wersję Cherry. Dziś szampon poszedł pierwszy raz w ruch i utwierdziło mnie to w przekonaniu, że to był dobry zakup ;).
Dokonałam też małej wymianki z Sajjidaą. Wybrałam dla siebie 20ml zapach Yves Rocher ananasowo-kokosowy - będzie świetny na lato oraz... kolejny żel Balei, Peachy Rose - bo żele nigdy się nie zmarnują :).
Tydzień temu zajrzałam też do Rossmanna, gdzie na promocji po 7,99zł były płyny do kąpieli Luksja, które ostatnio zdominowały blogi ;). Uwielbiam słodkie zapachy "do zjedzenia" i moim łupem padły dwa: karmelowy wafelek i ciasto cytrynowe. Ten drugi kupiłam bardziej z myślą o Narzeczonym, bo on słodkości nie lubi, za to cytrynowe słodycze są wyjątkiem ;). Obydwa zapachy są obłędne, choć do mnie bardziej trafia karmelowy. Szkoda tylko, że przy dodaniu do wody, zapachy nieco tracą na intensywności :(.
Przy okazji zakupów w Pepco, skusiłam się na lakier Sally Hansen z serii Salon Manicure - były po 10zł, a ten kolor wpadł mi w oko - w sklepie wyglądał na ciekawy, metaliczny fiolet. To nr 330 - Pedal to the Metal - i niestety na paznokciach już nie wygląda tak ładnie i traci swoją fioletową nutę.
Poza kosmetykami, w zeszłym tygodniu w moje ręce trafiło jeszcze mnóstwo skarbów z ww. Pepco - toż to raj, szczególnie w fazie urządzania mieszkania! Kupiłam firanko-zasłonki, jak zaprojektowane do naszego salonu - turkusowo-brązowo-beżowe, może pokażę je Wam jak już zawisną - na razie muszą iść do skrócenia, urocze limonkowe miseczki (pod kolor kuchni z zielonymi akcentami ;)), doniczkę za całe 1,99zł na prymulki, które dostałam od Taty na Dzień Kobiet, turkusową podkładkę na stolik w salonie, kilka przyborów i akcesoriów kuchennych, troszkę bielizny, 2 pary kolczyków po 1,49zł, spodnie dresowe do biegania (które to bieganie mam zamiar rozpocząć w przyszłym tygodniu), podkoszulkę i uroczą bluzkę z kotkami za 10zł ;). Poszalałam w Pepco zostawiając mini-fortunę, ale każda z tych rzeczy osobno była naprawdę tania i mniej lub bardziej, z naciskiem na bardziej, potrzebna.
Poza tym odwiedziłam też Lidla, ponieważ w sobotę wchodziła gazetka sportowa. Niestety, okazało się, że zakupy o 11 to już za późno i to, na co czekałam najbardziej - bluzy sportowe, z myślą o bieganiu - były już strasznie mocno przebrane... Chciałam niebieską S, a zostały same czarne w rozmiarach M i L... Cóż, trudno, wzięłam czarną M - najwyżej pójdzie do zwężenia, mam nadzieję też, że nie będzie za bardzo przyciągała promieni słonecznych. Poza tym kupiłam też opaskę na ramię na komórkę, która także przyda się przy bieganiu oraz 3 słoiki masła orzechowego crunchy - z "tygodnia amerykańskiego" - kupiłam w środę jeden słoik, a w sobotę kolejne 2 - to masło jest po prostu p r z e p y s z n e, zajadamy się z Narzeczonym jak głupki i nakupiliśmy na zapas :D.
Na przechadzce po galerii handlowej z Narzeczonym kupiłam sobie jeszcze opaskę do biegania - wielofunkcyjną, zarówno na szyję, jak i na głowę, z bardzo fajnego materiału - w outlecie Tchibo.
Na zakupach z Mamą kupiłam natomiast na wyprzedaży torebkę z C&A - beżowo-szarą, średniego rozmiaru, za całe 34,90zł ;). Oprócz tego mierzyłam też kurtkę skórzaną z kolekcji Cindy Crawford (chyba...) i się w niej absolutnie zakochałam, jest jak dla mnie kurtką idealną, ale w chwili obecnej niestety nie mogę sobie pozwolić na zakup kurtki za 399zł... :(.
I to by było na tyle... Wiem, poszalałam strasznie i co gorsza, nawet nie wiem kiedy to wszystko trafiło do mojego domu! :P Po prostu jakoś "samo się kupowało", a mnie pozostaje czekać na kolejne stypendium i mieć nadzieję, że już się opanuję ;).
PS: Wiem, trochę poszalałam z zakupami "biegowymi", ale cóż, to troszkę zwiększa motywację, a ja naprawdę mam w planach zacząć biegać od przyszłego poniedziałku. Fakt, nieco zawaliłam, mimo postanowień przed- i noworocznych - od września nie ćwiczyłam prawie wcale. W zeszłym tygodniu byłam przeziębiona, od niedzieli na razie ćwiczę intensywnie w domu, bo pogoda jest bardzo zdradliwa, a ja ledwo się wykurowałam z przeziębienia. Ale plan treningowy jest gotowy i od przyszłego poniedziałku rozpoczynam swoją przygodę z bieganiem :). Jak wytrwam według mojej rozpiski (treningi po 30min 4 razy w tygodniu), sprawię sobie buty biegowe - już mam nawet jedne upatrzone ;).
PS2: Po ponad dwóch latach męczarni z Netią, w końcu mam nowy internet! 4mb zamiast poprzednich 0,5-1,5mb (Netia miała nam dać 2mb, ale w praktyce to było najczęściej pół w porywach do jednego...). Boże, co za ulga! :D
Etykiety:
Balea,
Batiste,
haul,
L'Occitane,
lakier do paznokci,
Luksja,
Pepco,
Perelki.eu,
płyn do kąpieli,
Rossmann,
Sally Hansen,
suchy szampon,
współpraca,
wymianka,
Yves Rocher,
zakupy,
żel pod prysznic
10 marca 2013
Balea - balsam do rąk z masłem shea i olejem arganowym
Jestem kremoholiczką, jeśli chodzi o kremy do rąk. W paczce z Allegro z zamówieniem Balea znalazł się m.in. balsam, a w zasadzie lotion do rąk z masłem shea i olejem arganowym (Balea Handlotion Sheabutter Aranöl). Za butelkę mieszczącą 300ml produktu zapłaciłam 13zł, czyli to bardzo rozsądna cena za taką ilość i jakość.
Balsam ma ładne opakowanie w formie butelki z pompką. Nie jestem jakąś dużą zwolenniczką tego typu opakowań, np. nie przepadam za balsamami do ciała z pompką, ale w przypadku tego kremu do rąk jest to naprawdę wygodne rozwiązanie i szalenie je polubiłam.
Lotion ma dość rzadką i nieco wodnistą konsystencję - w końcu jest to lotion, a nie typowy krem. Jedna pompka całkowicie wystarcza na obfite nakremowanie dłoni, w zasadzie nawet pół wyciśnięcia jest wystarczające, co powoduje, że produkt jest bardzo wydajny.
Balsam bardzo łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Obawiałam się, że przez dość wodnistą konsystencję, właściwości produktu będą średnie, ale myliłam się. Skóra dłoni jest nawilżona, odżywiona, a my w chwilę po nakremowaniu jesteśmy gotowe do działania, bo krem nie pozostawia na skórze żadnego filmu.
Co do zapachu, ten jest bardzo przyjemny, choć nie potrafię go sprecyzować - jest dość łagodny i kremowy, choć z pewnością wyczuwalny podczas aplikacji i w chwilę po nałożeniu. Dużo dobrego słyszałam o wersji malinowej, kusi mnie też wersja "glamour"... :>
Z pewnością będę się czaić na nowe wersje zapachowe i systematycznie kupować te kremy, choć jedna butla starczy mi pewnie na jakieś 3 miesiące stosowania kilka razy dziennie - krem stoi sobie na moim stoliczku w salonie, przy którym spędzam większą część dnia, dzięki czemu mam go zawsze pod ręką.
Jak dla mnie ma same plusy: niska cena w stosunku do jakości i wielkości, wydajność, wygodna aplikacja, estetyczne opakowanie, dobre działanie, ładny zapach... Jako krem "na dzień" jest idealny, treściwsze kremy mieszkają na stoliku nocnym i stosuję je tuż przed snem.
Balsam ma ładne opakowanie w formie butelki z pompką. Nie jestem jakąś dużą zwolenniczką tego typu opakowań, np. nie przepadam za balsamami do ciała z pompką, ale w przypadku tego kremu do rąk jest to naprawdę wygodne rozwiązanie i szalenie je polubiłam.
Lotion ma dość rzadką i nieco wodnistą konsystencję - w końcu jest to lotion, a nie typowy krem. Jedna pompka całkowicie wystarcza na obfite nakremowanie dłoni, w zasadzie nawet pół wyciśnięcia jest wystarczające, co powoduje, że produkt jest bardzo wydajny.
Balsam bardzo łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Obawiałam się, że przez dość wodnistą konsystencję, właściwości produktu będą średnie, ale myliłam się. Skóra dłoni jest nawilżona, odżywiona, a my w chwilę po nakremowaniu jesteśmy gotowe do działania, bo krem nie pozostawia na skórze żadnego filmu.
Co do zapachu, ten jest bardzo przyjemny, choć nie potrafię go sprecyzować - jest dość łagodny i kremowy, choć z pewnością wyczuwalny podczas aplikacji i w chwilę po nałożeniu. Dużo dobrego słyszałam o wersji malinowej, kusi mnie też wersja "glamour"... :>
![]() |
| Na zdjęciu widać ilość odpowiadającą jednej pompce |
Z pewnością będę się czaić na nowe wersje zapachowe i systematycznie kupować te kremy, choć jedna butla starczy mi pewnie na jakieś 3 miesiące stosowania kilka razy dziennie - krem stoi sobie na moim stoliczku w salonie, przy którym spędzam większą część dnia, dzięki czemu mam go zawsze pod ręką.
Jak dla mnie ma same plusy: niska cena w stosunku do jakości i wielkości, wydajność, wygodna aplikacja, estetyczne opakowanie, dobre działanie, ładny zapach... Jako krem "na dzień" jest idealny, treściwsze kremy mieszkają na stoliku nocnym i stosuję je tuż przed snem.
3 marca 2013
Parę nowych nabytków, czyli paaaczkiii :)
W ciągu ostatnich 2 tygodni przyszło do mnie kilka mniej lub bardziej wyczekiwanych paczek, a skoro dotarły już wszystkie, najwyższy czas pokazać je na blogu :). Przy okazji, jest to blogowy debiut nowego tła dla zdjęć - postanowiłam spróbować robić zdjęcia na parapecie w nowym mieszkaniu, taka mała odmiana dla bloga. Co prawda w edytowaniu te zdjęcia są ciut kapryśniejsze, bo jednak łatwiej dostosowywać niektóre parametry na białym tle, więc ostatecznie żałuję, że nie zrobiłam zdjęć standardowo na białym tle, no ale... ;)
Pierwsza paczka, to przesyłka od firmy Decubal, z którą również ja podjęłam współpracę. Moja cera ostatnio uparcie zmierzła w kierunku suchej i wrażliwej, więc ucieszyłam się na możliwość testowania tych dermokosmetyków. Paczka była naprawdę sporych rozmiarów i kilka kosmetyków odstąpiłam do testów Mamie, która też miewa problemy z przesuszoną skórą.
Druga paczka, to coś nie-kosmetycznego, czyli... Organizer Ślubny MyMission. Pewnie większość z Was zna dość popularny Notatnik Panny Młodej, do mnie on jednak jakoś nie do końca przemawiał. Na jakiejś stronie natrafiłam na konkurencyjny Organizer Ślubny, który zainteresował mnie nieco innym układem treści w porównaniu od NPM, i dzięki uprzejmości właścicieli firmy, mógł on trafić w moje ręce. Wiosną pewnie zacznę ślubne planowanie, więc organizer z pewnością mi się przyda i z chęcią napiszę o nim kilka słów na blogu :)
Następna paczka to walentynkowe zakupy na stronie Candle Room. Dzięki Jamapi dowiedziałam się o walentynkowej promocji - wysyłka powyżej 14zł za darmo, a jako że woski Yankee Candle kusiły mnie od dawna, postanowiłam w końcu skorzystać z oferty i kupić kilka do nowego mieszkania. Testowałam do tej pory dwa - lemon lavender i vanilla cupcake i obydwa bardzo mi się podobają, choć spodziewałam się ciut intensywniejszego zapachu, przynajmniej w kwestii waniliowej babeczki.
Ostatnie dwie paczki są zdominowane przez firmę Balea ;). Do tej pory nigdy nie miałam z ich kosmetykami do czynienia, poza jednym balsamem wygranym w rozdaniu, a słyszałam o nich wiele dobrego i znów kierowana koniecznością zrobienia zakupów "pielęgnacyjnych" do nowego mieszkania, postanowiłam zaszaleć i zrobić zakupy na Allegro. Nie należę do tych, które robią zapasy pielęgnacji (chyba że "same się zrobią", czyli coś kupię, coś wygram, coś dostanę :P), więc przeprowadzając się, miałam puściutką łazienkę, którą musiałam czymś zapełnić. Postawiłam na Baleę, której byłam ciekawa od dawna. Kupiłam balsam do ciała, żel pod prysznic, szampon do włosów i dwa kremy do rąk. Kosmetyki są już w trakcie używania (poza szamponem do włosów) i jestem z nich bardzo zadowolona :).
W kilka dni po zrobieniu zakupów na Allegro, okazało się, że wygrałam rozdanie na fanpage'u Kokardi, gdzie wygrałam zestaw kosmetyków Balea :). Zawartość przesyłki miała być niespodzianką i tak też było, otrzymałam żel pod prysznic i balsam do ciała z makaronikowej serii o zapachu fig i czekolady. Jak widzicie, taki sam żel pod prysznic kupiłam na Allegro, ale zapach bardzo mi się podoba, a żele pod prysznic zawsze się zużyje, więc nie narzekam :). Tak więc moją łazienkę zdecydowanie zdominowała Balea, jeśli doliczyć jeszcze wygrany jakiś czas temu makaronikowy migdałowo-wiśniowy balsam, który czekał w zapasach ;).
O czym chciałybyście poczytać najszybciej? I jakie zdjęcia wolicie - klasyczne, na biało, czy z nowym tłem? :>
Pierwsza paczka, to przesyłka od firmy Decubal, z którą również ja podjęłam współpracę. Moja cera ostatnio uparcie zmierzła w kierunku suchej i wrażliwej, więc ucieszyłam się na możliwość testowania tych dermokosmetyków. Paczka była naprawdę sporych rozmiarów i kilka kosmetyków odstąpiłam do testów Mamie, która też miewa problemy z przesuszoną skórą.
Druga paczka, to coś nie-kosmetycznego, czyli... Organizer Ślubny MyMission. Pewnie większość z Was zna dość popularny Notatnik Panny Młodej, do mnie on jednak jakoś nie do końca przemawiał. Na jakiejś stronie natrafiłam na konkurencyjny Organizer Ślubny, który zainteresował mnie nieco innym układem treści w porównaniu od NPM, i dzięki uprzejmości właścicieli firmy, mógł on trafić w moje ręce. Wiosną pewnie zacznę ślubne planowanie, więc organizer z pewnością mi się przyda i z chęcią napiszę o nim kilka słów na blogu :)
Następna paczka to walentynkowe zakupy na stronie Candle Room. Dzięki Jamapi dowiedziałam się o walentynkowej promocji - wysyłka powyżej 14zł za darmo, a jako że woski Yankee Candle kusiły mnie od dawna, postanowiłam w końcu skorzystać z oferty i kupić kilka do nowego mieszkania. Testowałam do tej pory dwa - lemon lavender i vanilla cupcake i obydwa bardzo mi się podobają, choć spodziewałam się ciut intensywniejszego zapachu, przynajmniej w kwestii waniliowej babeczki.
Ostatnie dwie paczki są zdominowane przez firmę Balea ;). Do tej pory nigdy nie miałam z ich kosmetykami do czynienia, poza jednym balsamem wygranym w rozdaniu, a słyszałam o nich wiele dobrego i znów kierowana koniecznością zrobienia zakupów "pielęgnacyjnych" do nowego mieszkania, postanowiłam zaszaleć i zrobić zakupy na Allegro. Nie należę do tych, które robią zapasy pielęgnacji (chyba że "same się zrobią", czyli coś kupię, coś wygram, coś dostanę :P), więc przeprowadzając się, miałam puściutką łazienkę, którą musiałam czymś zapełnić. Postawiłam na Baleę, której byłam ciekawa od dawna. Kupiłam balsam do ciała, żel pod prysznic, szampon do włosów i dwa kremy do rąk. Kosmetyki są już w trakcie używania (poza szamponem do włosów) i jestem z nich bardzo zadowolona :).
W kilka dni po zrobieniu zakupów na Allegro, okazało się, że wygrałam rozdanie na fanpage'u Kokardi, gdzie wygrałam zestaw kosmetyków Balea :). Zawartość przesyłki miała być niespodzianką i tak też było, otrzymałam żel pod prysznic i balsam do ciała z makaronikowej serii o zapachu fig i czekolady. Jak widzicie, taki sam żel pod prysznic kupiłam na Allegro, ale zapach bardzo mi się podoba, a żele pod prysznic zawsze się zużyje, więc nie narzekam :). Tak więc moją łazienkę zdecydowanie zdominowała Balea, jeśli doliczyć jeszcze wygrany jakiś czas temu makaronikowy migdałowo-wiśniowy balsam, który czekał w zapasach ;).
O czym chciałybyście poczytać najszybciej? I jakie zdjęcia wolicie - klasyczne, na biało, czy z nowym tłem? :>
Etykiety:
Balea,
balsam do ciała,
balsam do ust,
Decubal,
krem do rąk,
krem do twarzy,
Organizer Ślubny,
paczki,
szampon do włosów,
woski zapachowe,
współpraca,
Yankee Candle,
żel pod prysznic
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























