Pokazywanie postów oznaczonych etykietą preparat do skórek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą preparat do skórek. Pokaż wszystkie posty

25 lipca 2013

Moja pielęgnacja (i metamorfoza) paznokci, czyli od zera do bohatera ;)

Dzisiaj post, do napisania którego zbierałam się od bardzo dawna, ale dopiero ostatnimi czasy poczułam, że naprawdę mam ku temu "pretekst", bo na moje paznokcie nie mogę powiedzieć (w końcu!) złego słowa :). Osobiście uwielbiam tego typu posty na innych blogach, mimo, iż często 90% treści się powtarza. Mogę je czytać i oglądać w nieskończoność :).


Zacznę od tego, że latami obgryzałam paznokcie. Ciężko mi określić moment, kiedy przestałam, bowiem w długi czas po tym, jak przestałam stricte obgryzanie, nadal "zgryzałam" lakier z paznokci lub też nadgryzałam same boki paznokci, co jak wiadomo, prowadziło do nadłamań i w efekcie obgryzienia/skrócenia pojedynczych paznokci, za którymi szła cała reszta... Maltretowałam też swoje skórki, dłuuugo je obgryzałam i obrywałam, często były to ranki do krwi. W sumie można powiedzieć, że moje "wychodzenie" z tych nawyków zajęło dobre kilkanaście miesięcy. Wydaje mi się, że dałam spokój moim paznokciom dopiero jakiś rok temu.

Moje paznokcie do dnia dzisiejszego przeszły wielką, moim zdaniem, metamorfozę. Wystarczy porównać paznokcie np. z tego posta, z tymi tutaj. Jak do tego doszło?


Wiele zawdzięczam odżywkom z formaldehydem - tak, u mnie on zdziałał cuda. Najpierw długo stosowałam Eveline (recenzja tutaj), najpierw solo, później jako bazę, a po niej zaczęłam stosować Nail Tek II. Obydwa produkty spisują się u mnie jako baza pod lakier fantastycznie, jednak wiadomo - trzeba na nie uważać. Teraz robię sobie od nich chwilę odpoczynku, ale na pewno jeszcze do nich wrócę. Stosuję odżywki zawsze jako podkład pod lakier.


Jeśli chodzi o skórki, i z nimi toczyłam długą batalię. Mam ogólną manię kremowania dłoni i kremy do rąk trzymam wszędzie, gdzie mam do nich łatwy dostęp - w torebce, obok łóżka, w salonie, gdzie spędzam większość dnia. Ponadto przez moje ręce przewinęło się i ciągle przewija wiele mazidełek przeznaczonych stricte do skórek. Na blogu pisałam o masełku Inglota, posiadam także krem z Avonu i słynne masełko Burt's Bees, którego recenzja pojawi się wkrótce na blogu.


Raz na jakiś czas, wedle potrzeby, stosuję także produkt-hit, jakim jest Sally Hansen Instant Cuticle Remover. Uuuwielbiam go, napisałam już wszytko na jego temat w recenzji. Odkąd go mam, cążki całkowicie poszły w odstawkę - wystarczy mi on i drewniane patyczki, ewentualnie gumowe kopytko.


Od jakiegoś czasu jednak porzuciłam stosowanie preparatów do skórek, ponieważ do ich pielęgnacji w pełni wystarczają mi olejki, odkrycie których spowodowało prawdziwy przełom w mojej pielęgnacji paznokci. W maju poprzez post Idalii trafiłam na wątek na Wizażu, dotyczący olejowania paznokci (mój nick to Anesthesia).


Od 20 maja codziennie olejuję paznokcie i sprawdza się to u mnie rewelacyjnie! Co wieczór przed snem olejuję paznokcie oliwką Alterra migdał i papaja. W ciągu dnia staram się choć raz nasmarować paznokcie samodzielnie przygotowaną mieszanką. W jej skład wchodzi: zawartość kilku kapsułek z wit. A+E, kilka rybek keratynowych GAL, kilka "pompek" Alterry i dopełnienie niebieską oliwką Babydream. Krótko mówiąc, wszystko, co dobroczynne, w miarę naturalne i znajduje się w moim domu :). Olejuję pomalowane paznokcie, ponieważ warstwa lakieru wyraźnie wzmacnia moje paznokcie i chroni je przed urazami mechanicznymi. Olejuję je tak, aby oliwka dostała się do skórek wokół paznokci i pod spód paznokcia. Zauważyłam wyraźny przyrost płytki u palców wskazujących, pozostałe powoli idą w ich ślady i właśnie na tym efekcie najbardziej zależy mi w całym procesie olejowania. Poza tym paznokcie zdecydowanie rosną szybciej, co również mnie bardzo cieszy.

Na zdjęciach na końcu posta możecie zobaczyć metamorfozę moich paznokci od momentu rozpoczęcia olejowania. Poprawa wyglądu jest wyraźna, ja sama widzę, że paznokcie są mocne i zdrowe jak nigdy! Dzięki odżywkom z formaldehydem pozbyłam się problemu rozdwajania, ale to oleje naprawdę wyraźnie wzmocniły moje paznokcie.


Co do pozostałych akcesoriów, jakie stosuję w swojej pielęgnacji paznokci to zdecydowanie pierwsze miejsce ma u mnie szklany pilnik. Mój pochodzi z Rossmanna, z serii For Your Beauty. Kosztował ok. 11-13zł i mam go już ponad rok. Jego właściwości ani trochę się nie zmieniły, używam go regularnie, a on piłuje tak samo dobrze jak pierwszego dnia po zakupie. Szklane pilniki wydają mi się najzdrowszym rozwiązaniem do skracania paznokci. Pilnik wystarczy po użyciu spłukać go wodą z mydłem i gotowe! Ewentualne nierówności, zadziorki czy minimalnie rozdwojoną płytkę traktuję blokiem polerskim, który można kupić w niemal każdej drogerii. Jeśli chodzi o zmywacz, od lat wierna jestem dużej, zielonej Isanie, którą wręcz uwielbiam.

Każde zdjęcie możecie powiększyć!

Dla podsumowania, moja rutynowa pielęgnacja paznokci zebrana w punktach:
  1. Codziennie olejuję paznokcie - jeśli to możliwe, to 1-3 razy w ciągu dnia i obowiązkowo na noc.
  2. Dbam o regularne nawilżenie dłoni i skórek za pomocą kremów do rąk.
  3. Zawsze noszę pomalowane paznokcie, robiąc im max. 1 dzień odpoczynku w tygodniu, czasami jest to po prostu kilka godzin bez lakieru. Pomalowane paznokcie są wg mnie zdecydowanie lepiej chronione przed czynnikami zewnętrznymi.
  4. Zmywam lakier, gdy tylko pojawią się pierwsze odpryski.
  5. Po zmyciu, jeśli jest potrzeba, używam preparatu usuwającego skórki Sally Hansen lub stosuję peeling do dłoni.
  6. Następnie kilkakrotnie wcieram w paznokcie i skórki olejki - albo przygotowaną przeze mnie mieszankę, albo moczę paznokcie kilkanaście minut w ciepłej oliwie z oliwek z kilkoma kroplami soku z cytryny, którą na sam koniec wsmarowuję w płytkę paznokci.
  7. Gdy olejki zrobią już swoje, dokładnie myję ręce i odtłuszczam płytkę paznokci zmywaczem do paznokci. Powinno się w tym celu używać specjalnego odtłuszczacza, na który poluję dość długi czas i w końcu muszę sobie zakupić.
  8. Maluję paznokcie jedną warstwą odżywki - Eveline, Nail Tek II lub jakakolwiek inna. Odżywkę, pierwszą warstwę lakieru i topcoat maluję "na zakładkę", pokazywała to m.in. Hatsu-Hinoiri.
  9. Gdy odżywka wyschnie, maluję paznokcie pierwszą warstwą lakieru.
  10. Po wyschnięciu pierwszej warstwy, maluję paznokcie drugą warstwą lakieru.
  11. Zaraz po pomalowaniu paznokci drugą warstwą lakieru, nakładam mój ulubiony top coat przyspieszający wysychanie - Seche Vite.
  12. Gdy top coat już wyschnie, kremuję dłonie i smaruję paznokcie olejkiem.
To chyba już wszystko :). Mam nadzieję, że post okazał się dla Was przydatny i ciekawy. Zachęcam Was do udzielania się w wątku na wizażu i regularnego olejowania paznokci, bo to naprawdę fantastyczna metoda! Wiele osób zauważyło poprawę stanu moich paznokci, zaczęły się pojawiać pytania, czy są one sztuczne oraz w czym tkwi sekret ich pielęgnacji, co mnie niezmiernie cieszy :). Olejowaniem zaraziłam też moją Mamę, która również jest bardzo zadowolona. Olejki pomogły mi też uporać się z przesuszoną skórą na jednym z nadgarstków, gdzie najprawdopodobniej nastąpiła reakcja alergiczna od zegarka. Według mnie oleje to cudotwórcy w niemal każdym zakresie pielęgnacji :).

29 kwietnia 2013

Skórkowy cudotwórca od Sally Hansen - uwielbiam!

Przyznaję bez bicia, że przez większość swojego dotychczasowego życia obgryzałam paznokcie, co szło w parze z katowaniem skórek - obgryzałam, urywałam, wycinałam... W końcu pozbyłam się zarówno jednego, jak i drugiego nawyku, ale jak dobrze wiecie, paznokcie i skórki tak łatwo nie zapominają i skórki jeszcze długo domagały się o swoje, w sumie, nadal to robią, gdy je zaniedbam. Tym bardziej, że w jakiś czas po skończeniu z tym nawykiem, zaczęłam męczyć skórki na nowy sposób - odżywkami wysuszającymi skórki, jak te z Eveline czy Nail Tek.


Pomijając takich pomocników jak kremy do rąk i oliwki czy masełka do skórek, nie wyobrażam sobie już teraz pielęgnacji tej okolicy bez jeszcze jednego kosmetyku - preparatu Sally Hansen Instant Cuticle Remover - Preparat do usuwania skórek. Jest to jeden z tych kosmetyków, które chyba już zasługują na miano "hitów" ;).

Przez pewien czas stopniowo zmieniałam swoją pielęgnację skórek, minimalizując użycie cążek, a starając się skórki odsuwać. Jednak niektóre bywały naprawdę oporne i wymagały użycia cążek. Zainwestowałam nawet w droższe cążki lepszej firmy, jednak mimo ich precyzyjności i ostrości, przy wycinaniu zdarzało mi się skaleczyć czy uciąć skórkę tak, że zostawała minimalna zadziorka. A potem postanowiłam podczas promocji w Super-Pharmie zainwestować 20zł w to cudo w niebieskiej butelce i od tego czasu nawet niezastąpione dotąd cążki leżą i się kurzą - używam ich raz na 2-3 miesiące, naprawdę w ekstremalnych przypadkach, na "co dzień" w pełni wystarcza mi SH.



Preparat Sally Hansen służy usunięciu skórek lub też ułatwia ich odsuwanie. Dostajemy go w dość dużej butelce mieszczącej 29,5ml, z precyzyjnym aplikatorem, którym nakładamy produkt na skórki. Jest on naprawdę wydajny, ponieważ swój mam prawie rok i nie zużyłam nawet 1/3 (doszłam do napisu "Sally Hansen" na opakowaniu), a używam go regularnie co 1-2 tygodnie, nie szczędząc ilości (producent nie zaleca stosowania częściej niż 2 razy w tygodniu). Preparat ma formułę dość rzadkiego żelu, nakładamy go na skórki i zostawiamy na ok. 15-30 sekund, ja następnie odsuwam skórki drewnianym patyczkiem lub gumowym kopytkiem i myję dokładnie ręce, często też stosując peeling do dłoni.


Efekty? Cud, miód, orzeszki. Gdy użyłam preparatu pierwszy raz, zaniemówiłam. Zostawiłam go zgodnie z zaleceniami na ok. 15 sekund, a potem odsunęłam skórki - kosmetyk tak je rozmiękczył, że cała narosła zrogowaciała część naskórka po prostu się rozpuściła, a moim oczom ukazały się zadbane, mięciutkie, odsunięte skórki. Zero zadziorek, podrażnień, ranek. Takich efektów nie uzyskałam do tej pory żadną inną metodą - oliwkami, patyczkami, masełkami, cążkami czy radełkami. Odkąd go kupiłam, stosuję preparat przy co trzecim, czwartym manicure, ale w zasadzie profilaktycznie - skórki mi już nie narastają, nie mam potrzeby ich wycinania, są miękkie i zadbane. Oczywiście pomiędzy użyciem cuda od SH używam też kremów i oliwek, jednak mają one naprawdę ułatwione działanie i wszystko sprowadza się do zapobiegania, nie "leczenia" ;).

Nie wyobrażam sobie już manicure i dbania o dłonie bez preparatu Sally Hansen i gdy tylko skończę obecną butelkę, a pewnie nie nastąpi to szybko, kupię kolejną, bez dwóch zdań!


PS: Nieraz zdarzyło mi się go zostawić na skórkach na dłużej niż zaleca producent, nawet do pięciu minut i nie zaszkodziło to w żaden sposób moim dłoniom, więc nie jest to kosmetyk w wyjątkowy sposób żrący czy podrażniający.

PS2: Ann napisała  komentarzu, że udało jej się kupić preparat na promocji w Super-Pharm za 18,74zł (30 kwietnia), więc jeśli ktoś ma ochotę, niech sprawdzi w swoich SP, czy promocja jeszcze obowiązuje! :)

30 lipca 2012

Przeżyć lipiec za 50zł - moje podsumowanie.

Pora na kolejne podsumowanie akcji "Przeżyć za 50zł". W czerwcu pobiłam swój osobisty rekord w wydatkach kosmetycznych - miałam zmieścić się w 50zł, a sumę tę przekroczyłam prawie siedmiokrotnie (sic!). O moim epic fail możecie poczytać tutaj.

Oczywiście po takiej zakupowej rozpuście, w lipcu postanowiłam się pilnować. I choć przekroczyłam dozwolony budżet, to zrobiłam to nieznacznie i wydaje mi się, że kupowałam jedynie niezbędne mi rzeczy, lub w bardzo okazyjnych cenach. Zobaczcie same :).


Na samym początku miesiąca wybrałam się do Super-Pharmu, chcąc skompletować dla Was nagrody do rozdania. Przy tej okazji do koszyka wpadły mi 3 rzeczy:

Nr 1: Serum wyszczuplające Eveline - 13,99zł - mój must-have, bo poprzedni balsam Sorayi (klik) właśnie mi się kończył.


Nr 2: Sally Hansen Instant Cuticle Remover - 20,99zł - SP wprowadziło dużą promocję na wszystkie produkty Sally Hansen, a ja na ten preparat czaiłam się od dawna. Cena wyszła niemal taka sama, jakbym chciała zamawiać produkt na Allegro. Stosowałam go do tej pory kilka razy i jestem zachwycona!


Nr 3: Zalotka Max Factor - 20,99zł - Była (jest?) na przecenie chyba już od dwóch miesięcy i zawsze omijałam ją szerokim łukiem, zerkając tylko tęsknie w jej stronę. Tym razem, na spontana, zdecydowałam, że ją kupię. W końcu posłuży mi na dłużej. Prezentuje się bardzo fajnie i równie fajnie podkręca rzęsy ;).

Łącznie w SP wydałam 55,97zł. Czyli przekroczyłam limit o niecałe 6zł. Już myślałam, że uda mi się dotrwać do końca miesiąca (zakupy robiłam 9-ego), ale pod koniec lipca trafiłam do Natury, gdzie zwykle jest mi bardzo nie po drodze. Skuszona super promocjami, kupiłam jeden cień My Secret za 3,99zł (stalowo-szary) oraz krem do rąk Green Pharmcy za 3,59zł, bo poprzedni krem mi się skończył, a lipiec był u mnie miesiącem wyjątkowej pielęgnacji dłoni i paznokci. Te rzeczy niestety nie załapały się na zdjęcia.

Tak więc do kosztów doszło kolejne 7,58zł, co w sumie dało kwotę:

63,55zł.

Budżet przekroczony o 13,55zł, ale i tak jestem z siebie bardzo zadowolona, nie uznaję tego za "fail". Nie kupiłam właściwie nic zbędnego i wszystkich zakupionych rzeczy używam niemal codziennie - poza cieniem My Secret, ale za 4zł grzech nie brać. 

W sierpniu daję sobie chwilę oddechu i nie dołączam do akcji (brałam udział w każdej dotychczasowej edycji, wliczając w to czerwcowy fail :P). Nie zamierzam wydać na kosmetyki więcej niż 75zł, ale to takie moje luźne założenie, nie chcę być po prostu w żaden sposób zobowiązana ;). Mam już zaplanowane zakupy, gdzie kupię parę rzeczy, nad którymi zastanawiałam się od dawna, lub które po prostu mi się kończą - dezodorant, odżywka, pilniczek do paznokci, krem do rąk, farba do włosów, olej do włosów itp. W Rossmannie pewnie zostawię ok. 50zł właśnie na "niezbędniki", ale zostawiam sobie ok. 20zł marginesu swobody, na jakieś 'widzimisię' ;).

17 grudnia 2011

Inglot - Masło do rąk i paznokci olive & cupuacu

Przyznam szczerze, że dopiero trzy tygodnie temu, przy okazji zakupu cienia i paletki, o których pisałam w poprzednim poście, dokonałam swoich pierwszych w życiu zakupów w Inglocie. Teraz już wiem, że będę tam częściej zaglądać ;) Obsługa pozytywnie mnie zaskoczyła. Do zakupów pani zaproponowała mi mini masełko do rąk i paznokci za 2zł, a jako że ostatnio mam totalnego bziuma na punkcie dbania o paznokcie i skórki, skusiłam się na ten mini produkt.


Nie wiem, czy jest to tylko promocyjna próbka, czy produkt dostępny w stałej ofercie. Wiem, że w stałej ofercie jest masło do rąk i paznokci w tubce, ale kosztuje ok. 20zł i nie wiem czy jest warte swojej ceny. To maleństwo otrzymujemy w malutkim słoiczku wykonanym z przeźroczystego plastiku. Jest wysokie na jakieś 2cm i ma średnicę odrobinę większą od pięciozłotówki. Mieści się w nim 3,5g produktu. Zdecydowanym minusem jest trudność wydobycia masełka z opakowania. Ja obecnie mam raczej krótkie paznokcie, a i z nimi nabieranie produktu to problem, nie wyobrażam sobie jak z masełka korzystają dziewczyny o naprawdę długich paznokciach.


Masełko na samym początku użytkowania miało dość mocno zbitą konsystencję, jednak z czasem zrobiło się faktycznie masełkowate i łatwo je wydobyć i rozsmarować. Ja stosuję je jedynie do skórek (i paznokci, kiedy nie mam pomalowanyych) i sprawdza się całkiem dobrze. Nawilża, ale nie jest to jakiś bardzo długotrwały efekt. Mimo to uważam, że to całkiem fajny produkt, dobra alternatywa dla olejku rycynowego, który paćka wszystko dookoła (przynajmniej tak jest w moim przypadku :P). Masełko zostaje na miejscu i nie spływa po palcach. Skórki i paznokcie są odżywione i dobrze wyglądają.


To, co nie podoba mi się w produkcie to zapach. Nie potrafię go opisać, ale po prostu jest brzydki. Co prawda czuć go tylko, gdy specjalnie powąchamy masełko, ale jednak to nieco przeszkadza. Poza tym wydajność produktu jest bardzo kiepska, ale koniec końców to opakowanie-miniaturka. Przy stosowaniu codziennie kilka razy dziennie, produkt skończył mi się po 2 tygodniach.

Co: Inglot, Masło do rąk i paznokci z oliwą i cupuacu
Ile: 3,5 g / 2 zł
Jak: 7/10