Przyznam, że w ostatnim miesiącu nieco zaniedbałam bloga, ale już się z tego tłumaczyłam - po prostu poświęciłam ten czas przede wszystkim rodzinie i Lubemu. Teraz mimo zbliżającej się sesji mam zamiar się poprawić i pisać do Was częściej - planowana częstotliwość to dwa posty tygodniowo, zobaczymy, co z tego wyjdzie ;).
Dzisiaj mam dla Was recenzję tuszu do rzęs Boom Lashes marki Hean, który otrzymałam w ramach współpracy (jednak fakt ten nie wpływa na moją ocenę produktu). Muszę przyznać bez bicia, że swatche tuszy do rzęs to moja największa katorga... Nie mam sposobu, aby ładnie uchwycić oko, nawet kiedy proszę Lubego o wykonanie zdjęć, nigdy nie wychodzą tak, jak tego chcę... Dlatego musicie się zadowolić zdjęciami takimi, jakie są, a ja obiecuję popracować nad lepszymi ujęciami.
Tusz otrzymujemy w całkiem fajnym moim zdaniem opakowaniu. Jest ono czarne, z porządnego plastiku, z czerwonym komiksowym napisem "Boom Lashes". Opakowanie jest długie, nieco "spłaszczone". Tusz zakręca się do charakterystycznego kliknięcia, więc mamy pewność, że tusz jest dobrze zamknięty.
Tusz należy do tuszy pogrubiających i jak często się w tym przypadku zdarza, ma dość dużą szczoteczkę. Powiedziałabym nawet, że bardzo dużą. Szczoteczka to "klasyczny" typ, wykonana z włosia. Trzeba trochę poćwiczyć malowanie, ale można łatwo dojść do wprawy. Jest jednak jeden duży minus tej szczoteczki. Jest bardzo ostra, mocno drapie. Mnie akurat często się zdarza dotykać powieki szczoteczką tuszu i wtedy jest to bardzo nieprzyjemne.
Formuła tuszu to coś pomiędzy suchym, a mokrym tuszem. Na blogu którejś z Dziewczyn wyczytałam, że przypomina bardzo puszysty mus i po przyjrzeniu się mojemu tuszowi, muszę stwierdzić, że to dość trafne określenie. Kolor tuszu jest czarny, ale nie jest to bardzo głęboka czerń. Tusz jest dość wytrzymały i z reguły nie osypuje się w ciągu dnia.
Jeśli chodzi o efekt, jaki możemy uzyskać - jestem całkiem zadowolona, ale nie jest to mój numer jeden. Rzęsy są uniesione, nieco wydłużone i całkiem znacznie pogrubione. Brakuje mi tutaj jedynie dokładnego rozdzielenia rzęs, które pozwoliłoby otrzymać efekt firanki. Jednak wydaje mi się, że można tu mówić w pewnym stopniu o efekcie "wow", trzeba się tylko odpowiednio namachać szczoteczką, aby takowy uzyskać ;).Za tą cenę myślę, że warto wypróbować.
Co: Hean, Tusz do rzęs, Boom Lashes
Ile: 13 ml / 10, 99 zł
Jak: 6/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hean. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hean. Pokaż wszystkie posty
3 stycznia 2012
23 listopada 2011
Współpraca: Hean - Wypiekane cienie do powiek Colour Celebration Royal Violet i Cobalt Blue
Przedstawiam Wam kolejny produkt marki Hean, który otrzymałam w ramach współpracy, dzięki uprzejmości pani Magdaleny. Ponownie pragnę zaznaczyć, że to, iż kosmetyki otrzymałam w ramach współpracy, nie wpływa w żaden sposób na moją ocenę.
Dzisiaj pod lupę idą cienie do powiek, które najbardziej ucieszyły mnie z całej paczki, jaką otrzymałam od firmy. Dlaczego ucieszyły mnie aż tak? Bo o nie poprosiłam ;) Kiedy zobaczyłam zdjęcia reklamowe kolorów Cobalt Blue i Royal Violet, wiedziałam, że muszę je zdobyć, ale szczerze powiedziawszy nie podejrzewałam, że firma spełni moje osobiste upodobania i pofatyguje się, aby wysłać mi właśnie te dwa odcienie. A tu proszę, cóż za miła niespodzianka! :)
Cienie pochodzą z serii Colour Celebration i są pierwszymi w mojej kolekcji cieniami wypiekanymi. Zacznę, jak zawsze, od opakowania. Cienie dostajemy w plastikowym opakowaniu z wypukłą przeźroczystą "kopułą", więc od razu wiemy, po jaki kolor cienia sięgamy. Opakowanie jest estetyczne i według mnie całkiem nieźle wykonane. Kolory w opakowaniu są naprawdę intensywne i zachęcające, prezentują się po prostu pięknie. Widać minimalne drobinki, które na oku niemal całkowicie znikają.
I do tej pory wszystko jest pięknie i kolorowo. Problemy pojawiają się przy aplikacji cieni... Jednak tutaj sprawa ma się różnie, w zależności od koloru.
Co: Hean, Wypiekany cień do powiek Colour Celebration, 283 Cobalt Blue
Ile: 10,99 zł
Jak: 6/10
Co: Hean, Wypiekany cień do powiek Colour Celebration, 285 Royal Violet
Ile: 10,99 zł
Jak: 7,5/10
PS: Wczoraj powinien był ukazać się post z serii Czerwień w każdej postaci, ale studia mocniej dają się we znaki i nie miałam czasu zrobić zdjęć kolejnego czerwonego produktu... Obiecuję kolejnego poniedziałku nie przegapić!
PS2: Wczoraj upolowałam LE Vampire's Love Essence, postaram się lada dzień dać westępne swatche :)
PS3: Dzisiaj też byłam na zakupach i... w przeciągu kilku następnych dni możecie się spodziewać miłej niespodzianki na moim blogu! :)
Dzisiaj pod lupę idą cienie do powiek, które najbardziej ucieszyły mnie z całej paczki, jaką otrzymałam od firmy. Dlaczego ucieszyły mnie aż tak? Bo o nie poprosiłam ;) Kiedy zobaczyłam zdjęcia reklamowe kolorów Cobalt Blue i Royal Violet, wiedziałam, że muszę je zdobyć, ale szczerze powiedziawszy nie podejrzewałam, że firma spełni moje osobiste upodobania i pofatyguje się, aby wysłać mi właśnie te dwa odcienie. A tu proszę, cóż za miła niespodzianka! :)
Cienie pochodzą z serii Colour Celebration i są pierwszymi w mojej kolekcji cieniami wypiekanymi. Zacznę, jak zawsze, od opakowania. Cienie dostajemy w plastikowym opakowaniu z wypukłą przeźroczystą "kopułą", więc od razu wiemy, po jaki kolor cienia sięgamy. Opakowanie jest estetyczne i według mnie całkiem nieźle wykonane. Kolory w opakowaniu są naprawdę intensywne i zachęcające, prezentują się po prostu pięknie. Widać minimalne drobinki, które na oku niemal całkowicie znikają.
I do tej pory wszystko jest pięknie i kolorowo. Problemy pojawiają się przy aplikacji cieni... Jednak tutaj sprawa ma się różnie, w zależności od koloru.
- Cobalt Blue: Z tej dwójki, którą otrzymałam do testów, ten cień zdecydowanie bardziej przykuł moją uwagę i na nim zależało mi najbardziej. Jednak, niestety, to jak cień wygląda w opakowaniu, różni się od tego, jak prezentuje się na oku :(. Po pierwsze, ciężko nabrać go pędzelkiem - trzeba się przy tym sporo nagimnastykować. Aplikacja lepiej wychodzi, kiedy nakładamy cień palcem. Jednak w obu przypadkach, mimo stosowania na bazę (próbowałam na bazę Joko Virtual oraz na płyn do pigmentów Kobo, czyli odpowiednik inglotowskiego Duraline'a), konieczne jest nałożenie kilku warstw dla uzyskania głębi koloru. Z dwojga złego, cień lepiej zachowuje się na bazie Kobo. Na bazie Kobo cień po kilku godzinach blednie i roluje się :( Na bazie Virtual z kolei nie roluje się, ale trudniej o intensywność koloru. Stosowany solo jest słabo widoczny. Przy nakładaniu pędzelkiem czasem zdarzy mu się osypać, ma dość "suchą" konsystencję. Jednak znalazłam na niego sposób - bardzo ładnie wygląda w połączeniu z innymi kolorami, kiedy stanowi swego rodzaju podbicie koloru.
- Royal Violet: Fiolety zajmują specjalne miejsce w mojej kolekcji cieni i z radością witam każdy nowy odcień :D Ten bardzo mi się spodobał, jest głęboki i intensywny, od dawna takiego szukałam. Ma nieco inną konsystencję niż kobaltowy cień, jest nieco bardziej kremowy i perłowy. I lepiej się z nim współpracuje - przy stosowaniu na bazę Virtual i nakładaniu pędzelkiem nie robi już większych problemów. Trzeba się trochę pomęczyć, aby uzyskać intensywny kolor, ale da się to jednak zrobić bez uzyskiwania plam i prześwitów (co kobalt czasami lubi zrobić...). Ogólnie mówiąc, ten cień jest o wiele mniej problematyczny.
Co: Hean, Wypiekany cień do powiek Colour Celebration, 283 Cobalt Blue
Ile: 10,99 zł
Jak: 6/10
Co: Hean, Wypiekany cień do powiek Colour Celebration, 285 Royal Violet
Ile: 10,99 zł
Jak: 7,5/10
PS: Wczoraj powinien był ukazać się post z serii Czerwień w każdej postaci, ale studia mocniej dają się we znaki i nie miałam czasu zrobić zdjęć kolejnego czerwonego produktu... Obiecuję kolejnego poniedziałku nie przegapić!
PS2: Wczoraj upolowałam LE Vampire's Love Essence, postaram się lada dzień dać westępne swatche :)
PS3: Dzisiaj też byłam na zakupach i... w przeciągu kilku następnych dni możecie się spodziewać miłej niespodzianki na moim blogu! :)
16 listopada 2011
Współpraca: Hean - Automatyczna konturówka do oczu z temperówką
Dzisiaj pierwszy produkt firmy Hean, z kosmetyków które otrzymałam dzięki współpracy z tą firmą, a konkretniej dzięki uprzejmej pani Magdalenie. Na wstępie zaznaczę również, że to, iż kosmetyki otrzymałam w ramach współpracy, nie wpływa w żaden sposób na moją ocenę.
Na pierwszy rzut idzie kosmetyk, który jak dla mnie jest niezbędny w każdej kosmetyczce - czarna kredka, czyli automatyczna konturówka do oczu. Kredka posiada temperówkę, jednak o tym, jak do niej "dotrzeć" wyczytałam dopiero na którymś blogu ;) Temperówka wydaje mi się być zbędna, ponieważ takie kredki moim zdaniem po prostu tego nie wymagają.
Moim kredkowym hitem jest kredka LongLasting Essence (klik) i ciężko temu ideałowi dorównać, jednak Hean daje sobie całkiem nieźle radę ;)
Będzie krótko i na temat:
Opakowanie jak na zdjęciu - plastikowe, czarne, z białymi napisami. Minimalistycznie, ale bardzo estetycznie. Zatyczka nie zsuwa się sama z kredki. Kredka sama w sobie jest nieco twardawa, jednak po pewnym czasie "rozpracowuje się" i staje się bardziej miękka niż na początku. Z łatwością można nią narysować zgrabną kreskę zarówno na górnej powice, jak i na linii wodnej (przeważnie stosuję ją właśnie w ten sposób). Wydaje mi się, że rysik jest nieco cieńszy od tego z Essence, w związku z czym można narysować naprawdę precyzyjną kreskę. Kredka jest dobrze napigmentowana, jednak odrobinę słabiej od tej Essence. Z powodzeniem jednak wytrzymuje na linii wodnej 5-6 godzin. Na górnej również nie robi żadnych przykrych niespodzianek, choć w taki sposób stosowałam ją dopiero raz. Z użyciem pędzelka można ją fajnie rozetrzeć dla efektu przydymionego smokey, jednak sama z siebie raczej nie robi niespodzianek i nie rozmazuje się. Sama chętnie przetestowałabym jeszcze kredkę w kolorze fioletowym.
Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że to naprawdę dobra kredka do oczu. Łatwa aplikacja, dobra wytrzymałość i to, że kredki nie trzeba temperować zdecydowanie działają na jej korzyść. No i oczywiście bardzo niska cena!
Co: Hean, Automatyczna konturówka do oczu z temperówką
Ile: 5,89 zł
Jak: 8/10
Już niedługo możecie się spodziewać recenzji wypiekanych cieni do powiek Colour Celebration, które również otrzymałam w ramach współpracy!
Na pierwszy rzut idzie kosmetyk, który jak dla mnie jest niezbędny w każdej kosmetyczce - czarna kredka, czyli automatyczna konturówka do oczu. Kredka posiada temperówkę, jednak o tym, jak do niej "dotrzeć" wyczytałam dopiero na którymś blogu ;) Temperówka wydaje mi się być zbędna, ponieważ takie kredki moim zdaniem po prostu tego nie wymagają.
Moim kredkowym hitem jest kredka LongLasting Essence (klik) i ciężko temu ideałowi dorównać, jednak Hean daje sobie całkiem nieźle radę ;)
Będzie krótko i na temat:
Opakowanie jak na zdjęciu - plastikowe, czarne, z białymi napisami. Minimalistycznie, ale bardzo estetycznie. Zatyczka nie zsuwa się sama z kredki. Kredka sama w sobie jest nieco twardawa, jednak po pewnym czasie "rozpracowuje się" i staje się bardziej miękka niż na początku. Z łatwością można nią narysować zgrabną kreskę zarówno na górnej powice, jak i na linii wodnej (przeważnie stosuję ją właśnie w ten sposób). Wydaje mi się, że rysik jest nieco cieńszy od tego z Essence, w związku z czym można narysować naprawdę precyzyjną kreskę. Kredka jest dobrze napigmentowana, jednak odrobinę słabiej od tej Essence. Z powodzeniem jednak wytrzymuje na linii wodnej 5-6 godzin. Na górnej również nie robi żadnych przykrych niespodzianek, choć w taki sposób stosowałam ją dopiero raz. Z użyciem pędzelka można ją fajnie rozetrzeć dla efektu przydymionego smokey, jednak sama z siebie raczej nie robi niespodzianek i nie rozmazuje się. Sama chętnie przetestowałabym jeszcze kredkę w kolorze fioletowym.
Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że to naprawdę dobra kredka do oczu. Łatwa aplikacja, dobra wytrzymałość i to, że kredki nie trzeba temperować zdecydowanie działają na jej korzyść. No i oczywiście bardzo niska cena!
Co: Hean, Automatyczna konturówka do oczu z temperówką
Ile: 5,89 zł
Jak: 8/10
Już niedługo możecie się spodziewać recenzji wypiekanych cieni do powiek Colour Celebration, które również otrzymałam w ramach współpracy!
19 października 2011
Paczki - od Hean oraz nagroda w rozdaniu + haul: otwarcie Futura Park Kraków
Od niedzieli gnębi mnie jakieś przeziębienie i nawet mam stan podgorączkowy - a to mi się ostatnio zdarzyło ze dwa lata temu. Mimo to w poniedziałek i wczoraj bylam na uczelni, a dzisiaj jedynie odpuściłam sobie jeden wykład, jednak mimo to - pewnie niemądrze - nie zostałam w łóżku, ale wybrałam się z Mamą do Futura Park - Factory, które otworzyli pod Krakowem, bardzo niedaleko mojego domu. Wspominałam o tym centrum handlowym już w tym poście).
Najpierw jednak napiszę Wam o paczkach, które do mnie ostatnio dotarły. Wczoraj pan kurier przywiózł mi paczkę od Hean, z którą to firmą niedawno nawiązałam współpracę. Gdy na blogach zaczęły pojawiać się zdjęcia promocyjne wypiekanych cieni, oszalałam na punkcie kolorów Cobalt Blue i Royal Violet. I przemiła Pani Magdalena w paczce przysłała mi te dwa cienie (napisałam w mailu do niej, jak bardzo mi się podobają) oraz tusz do rzęs Boom Lashes - czeka w kolejce do wypróbowania, bo na razie muszę skończyć choć jeden z otwartych tuszy - oraz czarną, automatyczną kredkę do oczu. Wszystkie rzeczy przypadły mi do gustu i z radością biorę się do testów :)
Dzisiaj z kolei dotarła do mnie paczka z nagrodami z rozdania, które wygrałam na blogu Cosmetics Freak. Sporo w niej cudowności, które możecie zobaczyć na zdjęciu. Ja najbardziej cieszę się z tego, że w końcu będę mogła wypróbować kępki sztucznych rzęs. Błyszczyk również prezentuje się pięknie (taki zgaszony róż, nieco inaczej wygląda w rzeczywistości niż na zdjęciu). Najbardziej zaskoczyła mnie kredka - po pierwszych testach okazała się ogromnie trwała! Tarłam rękę chusteczką higieniczną, a kreska nie dość, że nie zniknęła, to nawet się nie rozmazała!
Na sam koniec wrócę do tematu, który poruszyłam na początku - Futura Park Kraków. Nawet przeziębienie nie przeszkodziło mi w wybraniu się na zakupy ;) Nie jestem w stanie wypisać Wam wszystkich sklepów, jakie tam znajdziecie, a niestety nie było żadnych ulotek promocyjnych :(.
Podaję przykłady kilku sklepów z setek, które się tam znajdują (niektóre z nich są standardowe, znaczna większość outletowa): United Colors Of Benetton, Ecco, Zebra, Reserved, Mohito, Calzedonia, Gatta, Triumph, Księgarnia Matras, C&A (naprawdę duży!), RTV euro AGD, Douglas, Super-Pharm (ogromny, większy niż w Galerii Krakowskiej chyba i bardziej przypomina mi Rossmanna), Inblu, Queen, Quiosque, House, Diverse, Nike, Reebook, Lee, Wragnler, Empik Cafe, Tchibo, Coffee Heaven, Wittchen, Ochnik, stoisko Vipery, Deichmann, CCC i naprawdę mnóstwo innych!
W Douglasie dzisiaj był konkursy i za odpowiedź na banalnie proste pytania (zadawane przez Irka Bieleninika) w stylu "Jaki kolor jest symbolem naszego sklepu?" dostawało się paczki z prezencikiem ;) Moja Mama wygrała dwie próbki perfum i jedną kremu Diora.
Największy szał panował chyba w Benettonie - mega obniżki, właściwie ogromna większość bluzek i spodni nie przekraczała ceny 60zł. Ja jednak nie znalazłam dla siebie nic, ale moja Mama kupila sobie dwa golfy po 19zł. Jedynym minusem była kolejka, w której stałyśmy chyba 50 min - ekspedientki obsługiwały jednego klienta chyba 5 minut, to powinno iść o wiele sprawniej... Rozwaliła mnie też rozmiarówka - normalnie noszę rozmiar 40/42 - w C&A kupiłam sobie dwie pary jeansów w rozmiarze 40 - a w Benettonie rozmiar 48 był na mnie za mały! :/ Coś strasznie pochrzanili z rozmiarówką...
Ogromny ścisk panował też w sklepie, w którym można znaleźć ubrania Reserved, House, Mohito po przecenie - tam panowała promocja "druga rzecz za 1zł". Byłam już zmęczona i nie miałam siły stać po raz drugi w tak monstrualnej kolejce, więc odpuściłam...
Obłowiłam się za to w całkowicie nieznanym mi dotąd sklepie Queen. Zdziwiła mnie jedna rzecz - ubrania tam nie mają rozmiarów, jest tylko 'standardowy'! Mimo to, porównując dwie bluzki można było zauważyć, że jedna jest większa od drugiej. Wybrałam dla siebie "nietoperkowatą" bluzeczkę w beżowo-czerwono-czarno-szare paski za 49zł oraz granatowy kardigan przeszywany błyszczącą niebieską nicią również za tą samą cenę. Do tego piękną, granatową bransoletkę (pasuje do sweterka :D) za 19zł. Chciałam zrobić zdjęcia ubrań, ale moja szybka Mama zdążyła je już przeprać :P
Ostatnim punktem zakupowym był sklep, który bardzo lubię - C&A. Bardzo chciałam kupić sobie choć jedną parę spodni, a z tego sklepu wyszłam z dwiema parami świetnych, klasycznych jeansów - jedne granatowe, drugie szare. Łącznie zapłaciłam za dwie pary 76,80zł! Super cena :) Mimo, że C&A nie podpada pod outlet, trwała dziś promocja - 20% taniej na cały asortyment.
Poza zakupami ubraniowymi zrobiłyśmy też dużę zakupy w Super-Pharmie, który bardzo mi się spodobał. Niektóre promocje zwalały z nóg, np. nowy tusz Manhattanu w cenie 7,99zł zamiast 27,99zł! Nie kupiłam jednak, bo mam zapas tuszy. Ten sklep wydaje mi się ogromny, większy niż w Galerii Krakowskiej i bardziej przypomina mi Rossmanna. Kupiłyśmy sporo rzeczy do domu, ja kupiłam sobie eyeliner żelowy Essence w kolorze czarnym, bo takowego nie posiadam ;) Mają tam jedną szafę Essence, tą z eyelinerami, pędzelkami do oczu, serią I Love itp.
Największe kolejki poza sklepami ubraniowymi były oczywiście do RTVeuroAGD, ludzie hurtowo kupowali telewizory i inne tego typu sprzęty ;)
Wielkim Nieobecnym jak dla mnie jest H&M, nie mogę przeboleć, że nie zrobili tam tego sklepu... No ale może C&A mi to wynagrodzi ;)
PS: Nie mogę się powstrzymać i muszę napisać o jeszcze jednym fakcie... Zostało mi przydzielone stypendium naukowe z uczelni i się z tego ogroooomnie cieszę, bo kwota jest taka, o jakiej mi się nawet nie śniło :D
Najpierw jednak napiszę Wam o paczkach, które do mnie ostatnio dotarły. Wczoraj pan kurier przywiózł mi paczkę od Hean, z którą to firmą niedawno nawiązałam współpracę. Gdy na blogach zaczęły pojawiać się zdjęcia promocyjne wypiekanych cieni, oszalałam na punkcie kolorów Cobalt Blue i Royal Violet. I przemiła Pani Magdalena w paczce przysłała mi te dwa cienie (napisałam w mailu do niej, jak bardzo mi się podobają) oraz tusz do rzęs Boom Lashes - czeka w kolejce do wypróbowania, bo na razie muszę skończyć choć jeden z otwartych tuszy - oraz czarną, automatyczną kredkę do oczu. Wszystkie rzeczy przypadły mi do gustu i z radością biorę się do testów :)
Dzisiaj z kolei dotarła do mnie paczka z nagrodami z rozdania, które wygrałam na blogu Cosmetics Freak. Sporo w niej cudowności, które możecie zobaczyć na zdjęciu. Ja najbardziej cieszę się z tego, że w końcu będę mogła wypróbować kępki sztucznych rzęs. Błyszczyk również prezentuje się pięknie (taki zgaszony róż, nieco inaczej wygląda w rzeczywistości niż na zdjęciu). Najbardziej zaskoczyła mnie kredka - po pierwszych testach okazała się ogromnie trwała! Tarłam rękę chusteczką higieniczną, a kreska nie dość, że nie zniknęła, to nawet się nie rozmazała!
Na sam koniec wrócę do tematu, który poruszyłam na początku - Futura Park Kraków. Nawet przeziębienie nie przeszkodziło mi w wybraniu się na zakupy ;) Nie jestem w stanie wypisać Wam wszystkich sklepów, jakie tam znajdziecie, a niestety nie było żadnych ulotek promocyjnych :(.
Podaję przykłady kilku sklepów z setek, które się tam znajdują (niektóre z nich są standardowe, znaczna większość outletowa): United Colors Of Benetton, Ecco, Zebra, Reserved, Mohito, Calzedonia, Gatta, Triumph, Księgarnia Matras, C&A (naprawdę duży!), RTV euro AGD, Douglas, Super-Pharm (ogromny, większy niż w Galerii Krakowskiej chyba i bardziej przypomina mi Rossmanna), Inblu, Queen, Quiosque, House, Diverse, Nike, Reebook, Lee, Wragnler, Empik Cafe, Tchibo, Coffee Heaven, Wittchen, Ochnik, stoisko Vipery, Deichmann, CCC i naprawdę mnóstwo innych!
W Douglasie dzisiaj był konkursy i za odpowiedź na banalnie proste pytania (zadawane przez Irka Bieleninika) w stylu "Jaki kolor jest symbolem naszego sklepu?" dostawało się paczki z prezencikiem ;) Moja Mama wygrała dwie próbki perfum i jedną kremu Diora.
Największy szał panował chyba w Benettonie - mega obniżki, właściwie ogromna większość bluzek i spodni nie przekraczała ceny 60zł. Ja jednak nie znalazłam dla siebie nic, ale moja Mama kupila sobie dwa golfy po 19zł. Jedynym minusem była kolejka, w której stałyśmy chyba 50 min - ekspedientki obsługiwały jednego klienta chyba 5 minut, to powinno iść o wiele sprawniej... Rozwaliła mnie też rozmiarówka - normalnie noszę rozmiar 40/42 - w C&A kupiłam sobie dwie pary jeansów w rozmiarze 40 - a w Benettonie rozmiar 48 był na mnie za mały! :/ Coś strasznie pochrzanili z rozmiarówką...
Ogromny ścisk panował też w sklepie, w którym można znaleźć ubrania Reserved, House, Mohito po przecenie - tam panowała promocja "druga rzecz za 1zł". Byłam już zmęczona i nie miałam siły stać po raz drugi w tak monstrualnej kolejce, więc odpuściłam...
Obłowiłam się za to w całkowicie nieznanym mi dotąd sklepie Queen. Zdziwiła mnie jedna rzecz - ubrania tam nie mają rozmiarów, jest tylko 'standardowy'! Mimo to, porównując dwie bluzki można było zauważyć, że jedna jest większa od drugiej. Wybrałam dla siebie "nietoperkowatą" bluzeczkę w beżowo-czerwono-czarno-szare paski za 49zł oraz granatowy kardigan przeszywany błyszczącą niebieską nicią również za tą samą cenę. Do tego piękną, granatową bransoletkę (pasuje do sweterka :D) za 19zł. Chciałam zrobić zdjęcia ubrań, ale moja szybka Mama zdążyła je już przeprać :P
Ostatnim punktem zakupowym był sklep, który bardzo lubię - C&A. Bardzo chciałam kupić sobie choć jedną parę spodni, a z tego sklepu wyszłam z dwiema parami świetnych, klasycznych jeansów - jedne granatowe, drugie szare. Łącznie zapłaciłam za dwie pary 76,80zł! Super cena :) Mimo, że C&A nie podpada pod outlet, trwała dziś promocja - 20% taniej na cały asortyment.
Poza zakupami ubraniowymi zrobiłyśmy też dużę zakupy w Super-Pharmie, który bardzo mi się spodobał. Niektóre promocje zwalały z nóg, np. nowy tusz Manhattanu w cenie 7,99zł zamiast 27,99zł! Nie kupiłam jednak, bo mam zapas tuszy. Ten sklep wydaje mi się ogromny, większy niż w Galerii Krakowskiej i bardziej przypomina mi Rossmanna. Kupiłyśmy sporo rzeczy do domu, ja kupiłam sobie eyeliner żelowy Essence w kolorze czarnym, bo takowego nie posiadam ;) Mają tam jedną szafę Essence, tą z eyelinerami, pędzelkami do oczu, serią I Love itp.
Największe kolejki poza sklepami ubraniowymi były oczywiście do RTVeuroAGD, ludzie hurtowo kupowali telewizory i inne tego typu sprzęty ;)
Wielkim Nieobecnym jak dla mnie jest H&M, nie mogę przeboleć, że nie zrobili tam tego sklepu... No ale może C&A mi to wynagrodzi ;)
PS: Nie mogę się powstrzymać i muszę napisać o jeszcze jednym fakcie... Zostało mi przydzielone stypendium naukowe z uczelni i się z tego ogroooomnie cieszę, bo kwota jest taka, o jakiej mi się nawet nie śniło :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)















