17 października 2011

Rozdanie na blogu Beauty and MAC

Zgłosiłam się do udziału w rozdaniu na blogu Beauty and MAC :) Nagrody są naprawdę świetne i aż żałuję, że nie trafiłam na tego bloga wcześniej - wtedy miałabym możliwość walki o pierwszy zestaw, który powala ;) Pozostałe dwa jednak też mnie bardzo interesują, w końcu rzadko możemy wygrać na blogach kosmetyki takich firm jak MAC czy OPI! Zachęcam wszystkich do brania udziału :)

A oto, co można wygrać:

Zestaw I - tylko dla osób udzielających się aktywnie na blogu:
 LUSH Snowcake – mydełko ze świątecznej kolekcji
LUSH Angel’s Delight – mydełko ze świątecznej kolekcji
OPI Tickle My France-y
MAC Zoom Lash Mascara
MAC Hello Kitty ‘Lucky Tom’ – paletka cieni z limitowanej kolekcji Hello Kitty
MAC Superslick Liquid Eye Liner ‘Smoky Heir’
MAC Superglass ‘Sweet Tart’ – brak kartonika – błyszczyk z litowanej kolekcji Superglass
MAC Pigment ‘Mauvement’ – mini pigment z limitowanej kolekcji Tartan Tale
MAC Mixing Medium – brak kartonika – alcohol base
Bobbi Brown Lip Brush
Bobbi Brown Eye Blender Brush

Zestaw II:
OPI Jade Is The New Black
MAC pearlglide ‘Black Swan’ – kredka z limitowanej kolekcji Tartan Tale
MAC pigment ‘Silver Fog’ – mini pigment z limitowanej kolekcji Tartan Tale
MAC cień ‘Surf USA’ – cień z limitowanej kolekcji Surf Baby
Lancome Juicy Tubes 7ml
Lancome Hypnose Mascara 2ml
  
Zestaw III: 
 OPI Take The Stage
MAC pearlglide ‘Black Swan’ – kredka z limitowanej kolekcji Tartan Tale
MAC pigment ‘Softwash Grey’ – mini pigment z limitowanej kolekcji Tartan Tale
MAC cień ‘Vile Violet’ – cień z limitowanej kolekcji Venomous Villains
Lancome Juicy Tubes 7ml
Lancome Hypnose Mascara 2ml

13 października 2011

Z "biedronkowej" serii - Body Club - musująca kula do kąpieli jeżyna i mango

Od środy w Biedronkach po raz kolejny trwa akcja promocyjna "Tajemnice urody". Poprzednim razem zakupiłam masło do ciała z serii Afryka (pisałam o nim tutaj), choć bardzo kusiły mnie peelingi, ale rzadko stosuję peelingi do ciała. Tym razem też nie kupowałam nic specjalnego, poza jedną rzeczą - musującą kulą do kąpieli o zapachu jeżyna i mango. Dostępne są także lawenda i pomarańcza, limonka i kawa i prawdopodobnie jeszcze jakieś połączenie, którego nie pamiętam... Poza kulą zakupiłam lakier do włosów marki Wella oraz żel micelarny do twarzy - jestem po pierwszym użyciu i zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie! Ale o tym może innym razem ;).


Dzisiaj od razu postanowiłam przetestować kulę do kąpieli. Rzadko stosuję urozmaicenia do kąpieli, choć bardzo je lubię. Kula po wrzuceniu zaczęła mocno musować, co można było lekko odczuć na ciele. Po około minucie kula całkowicie rozpuściła się w wodzie, zabarwiając ją na lekko różowy kolor - jednak ani ciało, ani wanna nie były zafarbowane ;). Zapach po rozpuszczeniu stał się bardzo subtelny, ale przyjemny. Nie wiem czy to akurat jeżyna i mango, ale woda pachniała bardzo przyjemnie, owocowo i otulająco.
Na opakowaniu kuli można znaleźć informację, iż zawiera olejki z pestek winogron oraz awokado. I wydaje mi się, że nie są to czcze obietnice - od razu po rozpuszczeniu kuli w wodzie poczułam nawilżające działanie olejków. Skóra stała się troszkę śliska, nawet na tyle, że ciężko było mi siedzieć w wannie poczytując gazetę, nie ześlizgując się całkowicie do wody ;) Było to przyjemne uczucie, trochę jak po nasmarowaniu ciała oliwką.
Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że od czasu do czasu warto zafundować sobie taką kąpiel dla zmysłów i dość fajnego nawilżenia. Na pewno uprzyjemnia kąpiel no i faktycznie w jakiś sposób działa pozytywnie na skórę. Jednak nie wiem, czy kupię jeszcze inne warianty - koniec końców 4zł piechotą nie chodzi, a jakoś żal mi wydawać tyle na jednorazową przyjemność...

Co: Body Club, Musująca kula do kąpieli - jeżyna i mango.
Ile: 3,99 zł / 160 g / 1 szt.
Jak: 7/10

12 października 2011

TAG: Tell Me About Yourself Award

Zostałam otagowana przez Leejdi - bardzo dziękuję :)



Zasady:
- napisz przez kogo zostałaś otagowana
- napisz 7 faktów o sobie
- otaguj kolejne 15 blogerek :)


7 faktów o mnie (nie potrafię się nie-rozpisywać... jednej z przyczyn szukajcie w punkcie 7 ;) ):
  1. Od niemal trzech lat żyję w trybie "byle do weekendu" - nie dlatego, że nie lubię szkoły, ale dlatego, że jestem w bardzo szczęśliwym związku, tylko że na odległość - ja mieszkam w Krakowie, Luby w Krośnie czyli jakieś 175km stąd. Widujemy się regularnie - na zmianę w weekendy to ja jadę do Krosna, to On do mnie - zaraz po zajęciach w piątek wsiadamy w autobus (3h jazdy), a rozstajemy się w niedzielę ok. 17:40 ;) Oczywiście wszystkie dni wolne, wakacje, wykorzystujemy tak, aby spędzić ze sobą możliwie jak najwięcej czasu i np. w wakacje potrafimy się widzieć bite 3 miesiące bez ani dnia czy nocy przerwy :)
  2. Mam okna we wszystkich 4 ścianach pokoju, i to właściwie na całych szerokościach. W dodatku pokój jest bardzo mały - ok. 3x3m ;). Mieszkam właściwie na zabudowanym ganku, który został zaadaptowany tak, aby zrobić z niego pokój. Jedno okno dzieli mój pokój od pokoju Taty (mam przeszklone połowicznie drzwi i okno, w których mam żaluzje zasunięte niemal cały czas), w dodatku ogromne okna we wszystkich pozostałych 3 ścianach. Jedno okno jest cały czas zasłonięte. Mieszkam niemal w szklarni ;) Okna wychodzą na wschód, południe i zachód, więc w lecie mam upał, w zimie dość zimno, ale zawsze najjaśniej w całym domu :)
  3. Studiuję kulturoznawstwo (specjalizacja nowe media i komunikacja międzykulturowa) na krakowskim AGH (2 rok). Tak, AGH ma taki kierunek ;) I wg mnie poziom niczym nie różni się od UJ (dużo profesorów i doktorów pochodzi z tamtej uczelni), panuje bardzo przyjazna atmosfera, a zajęcia w większości są bardzo ciekawe. Mój rok jest dość kameralny, bo mam na nim jakieś 50 osób. Bardzo lubię te studia i nie zmieniłabym ich na inne.
  4. Zrobiłam prawo jazdy zaraz po ukończeniu osiemnastego roku życia. Zdałam za pierwszym razem, choć ponoć zdawalność u mojej egzaminatorki wynosi ok. 0,4%, z czego jestem cholernie dumna, tym bardziej, że na egzaminie miałam tylko lewoskręty. Chciała mnie oblać, ale obroniłam się mową, jaką wygłosiłam na temat stresu podczas egzaminu oraz tym, że po skończonej jeździe sama przedstawiłam jej wszystkie błędy, jakie wykonałam i upierałam się, że nie są one w żaden sposób znaczące :P. Odkąd zaczęłam studiować codziennie (no, zdarzają się wyjątki, ale bardzo rzadko) jeżdżę na uczelnię własnym samochodem, ponieważ mieszkam poza Krakowem i dojazd autobusami byłby bardzo kłopotliwy. Samochód jest "mój własny" o tyle, o ile - w 100% fundują mi go Rodzice :).
  5. Mam czarnego kota. W książeczce zdrowia ma wpisane "Duch", po drodze był "Cykor", "Pantera", ale tych imion w mojej rodzinie użyto może kilka razy. Kot jest Kotem, ja nazywam go Panem Kotem. Wyzywany od najgorszych, przeklinany (zdarł nam całą tapetę w kuchni, ale na szczęście po remoncie nowej nie tyka) i ogólnie niby nie lubiany, ale tak naprawdę wszyscy domownicy go skrycie kochają ;).
  6. Uwielbiam gotować! Co prawda dużą część kulinarnej miłości zajmuje pieczenie, ale niestety tego nie robię za często - mój Luby nie lubi słodyczy! :o W dodatku obecnie staram się w końcu nieco odchudzić ;). Dodam też, że jeszcze z 4 lata temu nienawidziłam niemal wszystkich warzyw (lubiłam tylko ogórka), a obecnie nie wyobrażam sobie życia bez szpinaku, pomidora, papryki, sałaty i innych cudowności.
  7. Właściwie połowę drugiej klasy liceum nie chodziłam do szkoły - miałam cudowną polonistkę i wychowawczynię i z racji tego, że dostałam się do ogólnopolskiego etapu Olimpiady Literatury i Języka Polskiego, obydwie Panie kazały mi "niechodzić" do szkoły, tylko się przygotowywać. Od lutego do kwietnia chodziłam na prywatne spotkania z polonistką oraz na matematykę, resztę lekcji raczej omijałam. W tym czasie przeczytałam okropnie dużą liczbę książek (lektury z 2 i 3 klasy oraz książki o romantyźmie, w efekcie w 3-ciej klasie LO nie tknęłam ani pół książki - miała wstręt). Klasę drugą zakończyłam z tytułem Laureatki OLiJP (zapewnione 100% matury rozszerzonej i podstawowej z polskiego, więc takowej w ogóle nie zdawałam ;)) oraz z paskiem na świadectwie, co uważam za spory sukces przy tylu nieobecnościach ;). W tym czasie w weekendy w ogóle się nie uczyłam - to był czas dla Lubego :).

Do tagowania zapraszam:
Kleopatre
Vexgirl
Em
Agatę
Gohs
Paulę
Bellę
Smieti
Lajfstyle
Nissiax83
Obsession
Barwy Wojenne
Jamapi
Carving For Beauty
Ewwwę

Ziaja Bloker - hit czy kit?

Dzisiaj w końcu udało mi się zrobić zdjęcia! Narobiłam trochę na zapas, więc mam nadzieję, że przynajmniej na najbliższy tydzień-dwa materiałów do notek nie zabraknie :) Poza tym pobawiłam się trochę aparatem i znów zaczęłam kombinować conieco z manualnymi ustawieniami i formatem .RAW oraz z programem Lightroom. Pierwsze efekty możecie zobaczyć poniżej, mam nadzieję, że widać jakiś postęp ;) Teraz zapraszam do lektury recenzji na dzisiaj (dopiero teraz zauważyłam, że w nazwie zrobiłam literówkę... a sprawdzałam dwa razy!)



Dużą furrorę na blogach, forach i innych portalach zrobił dezodorant ZiajiBloker. Dezodorant dostajemy w postaci roll-onu, aplikujemy na skórę najpierw 3 noce pod rząd (produkt nakłada się na noc, na czyste pachy), później 1-2 razy w tygodniu.

Na początku byłam zachwycona tym produktem. Problemów z nadmiernym poceniem nie mam, ale w lecie "przykry problem" się nasilał. Kupiłam więc zachwalany wszędzie bloker, zamiast zwykłego antyperspirantu. Przy pierwszych 2-3 tygodniach stosowania dezodorant mnie zachwycił. Nie dość, że nie było czuć żadnego zapachu to jeszcze pacha naprawdę zostawała suchuteńka! Jedynym minusem było to, że przy pierwszej aplikacji dezodorant wywołał u mnie okropne swędzenie, co jest ponoć często spotykane. Potem było różnie - czasem swędziało, czasem nie.



Jednak po pewnym czasie produkt przestał być dla mnie tak skuteczny... Nie wiem, od czego to zależy, ale po prostu mimo względnej suchości pod pachami, pojawiał się przykry zapach. W dodatku kilka razy zdarzyło mi się nałożyć dezodorant po goleniu - okrutnie piekło, czułam się jakby parzyło mi pachy i w dodatku wytarcie produktu nie pomagało. Wiem, że na opakowaniu piszę, aby nie stosować na podrażnioną skórę, ale nie sądziłam, że będzie aż tak bolało. W dodatku ból utrzymywał się jakieś 24h. Kolejnym minusem było to, że trzeba było nakładać dezodorant na czyste pachy. Przeważnie biorę prysznic rano, a dezodorant należy stosować na noc - nie zawsze chciało mi się przed snem specjalnie myć pachy.
Dezodorant ma także bardzo wodnistą konsystencję, bardzo długo się wchłania i w związku z tym pacha pozostaje mokra. Wodnista konsystencja sprawia też, że nie mogę go w ogóle trzymać w kosmetyczce. Miałam go ze sobą na  obozie i na wyjazdach do Lubego i niekiedy dezodorant "brudził" inne kosmetyki, a niemal za każdym razem przy odkręcaniu dezodorant dosłownie wylewał się z zakrętki. Jednak mimo wylewania się kosmetyk jest bardzo wydajny - stosuję od czerwca i końca nie widać (niestety...).



Tak więc pomimo początkowego zachwytu i świetnego działania, Bloker obecnie skończył swój żywot w mojej kosmetyczce i ląduje w śmieciach - brak mi już do niego cierpliwości. Z ulgą wracam do standardowych antyperspirantów (te z serii soft, aktiv, sensitiv Ziaji się bardzo udały!) - może odrobinę mniej chronią przed poceniem, ale o wiele mniej z nimi cackania (wbrew pozorom). I przynajmniej nie ma efektów ubocznych ;)

Co: Ziaja, Anty-perspirant - Bloker
Ile: 7-9 zł / 60 ml
Jak: 6/10

11 października 2011

Jesień - nie taka znowu złota...

Do początku października pogoda nas rozpieszczała (przemilczę lipiec i sierpień, mówię o jesieni). Jeszcze drugiego października jadłam obiad w altanie w moim ogrodzie, w krótkim rękawku. A teraz, gdy patrzę za okno, mam ochotę jedynie zakopać się w łóżku, pić gorącą kawę/czekoladę/herbatę i oddać się błogiemu nieróbstwu. Jednak jest jak jest, no i trudno - trzeba jakoś przetrwać tę szarugę. 
Byłoby znośnie, gdyby nie to, że mam napisane już 3 nowe notki na bloga, a nie mogę ich dodać, bo wykonanie zdjęć jest po prostu niemożliwe przy takim zachmurzeniu! :( Dzisiaj chciałam narobić zdjęć na zapas, jako że jestem przed południem w domu, a tu nic. Jest szansa, że uda mi się to zrobić jutro lub w czwartek, bo wtedy też będę w domu w godzinach kiedy teoretycznie słońce powinno górować w zenicie.
Dlatego póki co nadal na moim blogu nic nowego, ale obiecuję, że gdy tylko światło okaże się łaskawe, od razu pojawią się nowe posty! Zdradzę tyle, że póki co mam napisane notki nt. Blokera Ziaji, pędzli EcoTools do oczu oraz lakieru do paznokci Sensique z serii Oriental Dream, kolor Indian Rose.
Życzę Wam powodzenia w walce z jesienną chandrą, bo patrząc za okno nieraz ciężko zachować optymizm ;)

6 października 2011

Virtual - podwójne cienie do powiek 059, czyli na fioletowo

Nie sądziłam, że prowadzenie bloga w sezonie jesienno-zimowym będzie tak trudne. Więcej siedzenia w domu, więc wydawałoby się, że także więcej czasu na notki - ale jednak światło nawet w południe jest kapryśne... Zdjęcia do dzisiejszego posta robiłam przy dość lekkim zachmurzeniu - powiedziałabym, że w słońcu - około godziny 13, a mimo to wyszły nieco przekłamane... No ale mam nadzieję, że w końcu znajdę jakiś cudowny sposób na odpowiednie zdjęcia.


Dzisiaj przedstawiam Wam mój najnowszy kosmetyczny zakup, czyli podwójne cienie do powiek Virtual Duo 059new. Kupiłam je, bo likwidowali jeden sklepik kosmetyczny przy "mojej" Biedronce - a szkoda, bo prowadziła go przemiła pani, która miała niemal same polskie firmy (Hean, Bell, Joko, Vipera itp.) i bardzo niskie ceny (w dniu wyprzedaży widziałam cienie Bourjois za 7zł! Data ważności dobra, nie wzięłam, bo to nie były moje kolory). Tak więc "na pożegnanie" kupiłam kolejne fioletowe cienie :P (Połowa moich cieni do powiek to fiolety...)



Cienie dostajemy w przeźroczystym, okrągłym, plastikowym opakowaniu. Plastik wydaje się nawet dosyć solidny. Serbrny napis na wieczku pewnie wkrótce się zetrze, ale opakowanie cienia to dla mnie najmniej ważna sprawa. Plusem jest to, że od razu widać kolor cieni.
Do cieni dołączony jest pacynko-pędzelek. Pacynek nie używam od dawna (na zdjęciu jest brudna, bo cieniami bawił się Luby i nawet wykonał na mnie swój pierwszy makijaż :P), a pędzelek jest tragicznej jakości, co widać na pierwszy rzut oka - włosie jest cienkie, mało go i w dodatku sterczy na wszystkie strony.

Jednak w sumie tyle mogę powiedzieć o potencjalnych minusach. Cienie mają bardzo przyjemne i twarzowe kolory. Jaśniejszy to delikatny, perłowy róż. Ma w sobie rozświetlające drobinki, jednak absolutnie nie jest to żaden chamski brokat. Moim zdaniem bardzo dobrze wygląda nałożony na całą powiekę, dobrze nadaje się też do rozświetlenia kącika oka czy łuku brwiowego. W dodatku lekko się mieni, wydaje mi się że na leciutki złoty - kojarzy mi się odrobinę ze znanym odcieniem Golden Rose firmy Kobo, choć oczywiście Golden Rose jest o wiele bardziej intensywny. Nazwałabym go "bardzo bladym bratem" ;) Ciemniejszy momentami nieco przypomina mi również cień Kobo - Blueberry Violet - którego "próbne" swatche pokazywałam tutaj. Jednak Kobo ma w sobie więcej granatu, ten z Virtuala to czysty fiolet. Również ma perłowe wykończenie, stosowany na bazę wygląda o wiele lepiej niż na moich swatach, które nie dość, że robiłam w tym niesfornym świetle, to jeszcze bez bazy. Obydwa cienie super ze sobą współgrają i można stworzyć z nich bardzo ładny i dość szybki makijaż.





Jeśli chodzi o aplikację to nakładałam je pędzelkami z Ecotools i bardzo fajnie współpracowały. Dobrze się rozcierają. Na bazie Virtuala bez problemu wytrzymują cały dzień. Pigmentacja wg mnie jest też dobra, a nawet bardzo dobra.

Co: Virutal, Cienie do powiek Duo 059new
Ile:  Ja zapłaciłam 7,60 zł na promocji, standardowo chyba ok 10-12 zł (ilości produktu nie znalazłam...)
Jak: 8/10 (zerknęłam na Wizaż.pl i zdziwiłam się, bo tam cienie mają okropnie niską ocenę... O.o)

4 października 2011

Makijaż + pierwsza współpraca! :)

Witajcie! :)
Dzisiaj po przyjściu z wykłaów spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Sprawdziłam maila, a tam czekała na mnie wiadomość od pani Magdaleny odnośnie współpracy z firmą Hean. Napisałam do niej w tej sprawie miesiąc temu, niemal zapomniałam o tym mailu, a tu proszę - dzisiaj otrzymałam odpowiedź :) W ten sposób nawiązałam swoją pierwszą współpracę, z czego się niezmiernie cieszę! Wkrótce więc trafią do mnie pierwsze kosmetyki do zrecenzowania. Nie mogę się doczekać.



Dodatkowo prezentuję Wam mój dzisiejszy makijaż. Dla mnie jest to jeden z makijaży typu "na szybko" lub "na lenia" ;) Widziałam podobne połączenie na blogu którejś z dziewczyn, jednak niestety zapomniałam u kogo. Na początku do tego makijażu podchodziłam sceptycznie, ale po pewnym czasie mi się spodobało i często się tak maluję :) Połączenie złocistej miedzi z niebieskim przypomina mi wakacje...W rolach głównych kremowy cień Essence oraz niebieski eyeliner z Avonu.
Z góry przepraszam za niestarannie zrobione brwi - "czochranie się" brwi jest moim odwiecznym problemem, a dopiero na zdjęciach zauważyłam, że kredkę również mam niedokładnie nałożoną...



Do makijażu użyłam:
  • Essence, cień do powiek w kremie, LE Ballerina Backstage, odcień 02 pas des copper - pisałam o nim tutaj - nałożony na górną oraz dolną powiekę
  • Avon Color Trend, eyeliner w płynie, odcień Electric Blue - pisałam o nim tutaj
  • Tusz do rzęs Yves Rocher Longeur 360* - wspominałam o nim tutaj
  • Essence, kredka do oczu Kajal w odcieniu 04 White - pisałam o niej tutaj - nałożona na linię wodną
  • Essence, kredka do brwi Eyvw odcieniu 02 Brown - pisałam o niej  tutaj
Oczywiście poza tym podkład, puder, róż, rozświetlacz itp. ale nie widać ich na zdjęciu, więc nie rozpisuję się na ten temat ;)

Jak Wam się podoba? Kolory przypominają gorący piasek i lazurowe morze, prawda? ;)

3 października 2011

Soraya Beauty Therapy - morelowy peeling ultra oczyszczający czyli godny następca kultowego peelingu morelowego St. Ives + Rozdanie

Witam Was po małej przerwie :)
Korzystałam itensywnie z ostatnich dni wakacji (mój Luby zdał w końcu wszystkie egzaminy, tak więc prawdziwe wakacje zaczęły się dla nas dopiero 19 września) i stąd mały zastój na blogu :) W międzyczasie starałam się wykurować nieco swoje paznokcie i skórki, moją relację z tej kuracji wkrótce ujrzycie na blogu.
Dzisiaj niestety już zaczęły się zajęcia na uczelni i mimo, że harmonogram mam dość fajny, a zajęcia zapowiadają się ciekawie, to jednak obawiam się, że gdzieś tam majaczy widmo jesiennej chandry ;) Postaram się jednak jej nie poddać ;) Także w związku ze studiami dzisiejsze zdjęcia nie grzeszą jakością - wróciłam ok. 17 i o tej godzinie światło już nie rozpieszczało. Jednak 2-3 razy w tygodniu jestem w domu do południa (hah, czwartki mam prawie wolne, żeby tak jeszcze piątki takie były :P (okaże się w przyszłym tygodniu)), więc liczę na to, że uda mi się łapać niezłe światło. Ale teraz do rzeczy:

Dzisiaj przedstawię Wam peeling, który kupiłam jako zastępstwo dla mojego ukochanego, acz wycofanego ze sprzedaży morelowego peelingu St. Ives. Owym zastępcą został morelowy peeling ultra oczyszczający Sorayi.
Peeling wg mnie to ewidentny "zastępnik" tego z St. Ives. Widać to już po samym opakowaniu - kształt tubki ten sam, kolorystyka podobna, nazwa niemal identyczna. Rozumiem, że takie są prawa marketingu ale Soraya mogła się trochę bardziej wysilić. Jednak jakby nie patrzeć, opakowanie jest estetyczne, wszystkie informacje bardzo czytelne.
Zaznaczę, że peelingu St. Ives nie używałam już dawno, bo ostatni skończył mi się jakoś ponad pół roku temu. Nie pamiętam więc aż tak dokładnie wszystkich szczegółów, jednak wydaje mi się, że Soraya wprowadziła na rynek godnego następcę. W kolorze i konsystencji tego produktu nie widzę żadnych różnic w porównaniu do "oryginału". Peeling łatwo wydobyć z tubki, mimo tego, że produkt jest gęsty.
Morelowych drobinek jest w nim bardzo dużo i - co ja bardzo lubię - czuć je wyraźnie podczas peelingu. Nie rozpuszczają się pod wpływem wody (peeling stosuję zawsze podczas kąpieli, po wyjściu z wanny muszę się chwilę męczyć zanim spłuczę wszystkie te drobinki :P po zastosowaniu peelingu na twarz i dekolt, wanna wygląda jakbym wrzuciła do niej mniej-więcej małą garść piasku).  Działanie peelingu uważam za bardzo dobre - mocno ściera, ale ja takie lubię (choć chyba powinnam przestać, bo ostatnio zaobserwowałam na jednym policzku delikatny rumień i popękane naczynka :( Jednak zauważyłam to jeszcze zanim zaczęłam stosować peeling, więc to "nie jego wina"). Bardzo dobrze ściera martwy naskórek i odświeża twarz. Skóra po nim jest rozświetlona i bardzo gładka. Po użyciu peelingu zawsze nakładam grubszą warstwę jakiegoś łagodnego kremu - to po prostu mój rytuał, nie wyobrażam sobie nie nałożyć kremu na twarz po peelingu, więc nie wiem, jak skóra zachowuje się po samym peelingu, bez kremu.
Podsumowując, uważam że peeling Sorayi to godny następca tego ze St. Ives. Właściwie nie potrafię wskazać ani jednej większej różnicy - nawet cena jest niemal ta sama. Myślę, że spodoba się wszystkim, którzy lubią mocno trące peelingi ;)


Co: Soraya, Beauty Therapy, Morelowy peeling ultra oczyszczający
Ile: 150 ml / 9-12 zł, zależy od drogerii i obecnych promocji
Jak: 10/10, nie znalazłam jeszcze lepszego peelingu

 Dodatkowo informuję Was, że biorę udział w kolejnym rozdaniu ;) Wczoraj wygrałam zestaw kosmetyków Calmaderm (już trzecie w mojej blogowej "karierze") na blogu Viollet, więc liczę po raz kolejny na łut szczęścia ;) Tym razem rozdanie na blogu Moje kosmetyki by N.