Pod koniec stycznia recenzowałam dla Was
paletkę Sleeka The Original (klik). Teraz przyszedł czas na paletkę, która zrobiła dużo szumu wśród bloggerek i stała się prawdziwym hitem -
Oh So Special. Paletkę kupiłam razem z
The Original i mimo iż był to zakup raczej nieplanowany, nie żałuję ani trochę wydanych pieniędzy!
Oh So Special to paletka na pozór do spokojnych, dziennych makijaży. Jednak pozory mylą! Poza delikatnymi beżami i różami, w paletce znajdziemy też ciemne brązy, fiolety czy grafity, które pozwolą wykonać mocny makijaż. Jest to więc paletka bardzo uniwersalna, choć z drugiej strony utrzymana raczej w jednej gamie kolorystycznej - dominują
beże, brązy i róże, choć znajdziemy też
fiolety i mocny
grafit. Cienie mają
wykończenie zarówno perłowe, jak i matowe.
O
paltece samej w sobie pisałam już przy okazji recenzji
The Original, więc pozwolę sobie oszczędzić powtarzania informacji. Skrótowo napiszę tylko, że paletka jest solidnie i estetycznie wykonana, mieści 12 cieni i wyposażona jest w spore lusterko oraz raczej bezużyteczny aplikator. Ta paletka posiada także zabezpieczającą folię, na której nadrukowane są
nazwy cieni, co bardzo mi się podoba. Niestety nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia, za to podpisałam cienie "ręcznie" w programie graficznym ;).
Również jeśli chodzi o
jakość cieni, powtarzam swoją opinię odnośnie
The Original. Cienie mają z reguły bardzo dobrą pigmentację (zdarzają się lepsze i gorsze, ale większość jest świetna). Perłowe odcienie są bardziej napigmentowane od matów, ale na te drugie też nie można narzekać. Niezadowolona jestem jedynie z odcienia
bow - nawet nałożony na bazę jest prawie niewidzialny... Cienie na bazie wytrzymują cały dzień. Podobnie jak w przypadku
The Original, w obszarze palety niemal każdy kolor pasuje do każdego, co pozwala stworzyć mnóstwo kombinacji w makijażu. Cienie aplikuje się bez problemu, czasaaami zdarza im się lekko osypać, ale z reguły są świetne we współpracy. Fantastycznie się blendują.
Bow - Mat - Z tego cienia jestem najmniej zadowolona. To matowy cień o odcieniu kości słoniowej, jednak na skórze jest niemal niewidoczny. Delikatnie rozświetla oko, ale jest to naprawdę delikatny efekt, cień bowiem właściwie w ogóle nie pokrywa powieki kolorem.
Organza - Perła - Bardzo podobny cień znajdziemy w paletce
The Original. Przypomina mi trochę cień Kobo
Golden Rose, jest to bowiem różowy kolor z delikatnym złotym błyskiem. Jego brat w OSS to
Gateau, który ma nieco jaśniejszy odcień.
Ribbon - Mat - Jeden z moich paletkowych ulubieńców. Żywy, piękny koralowy odcień (lub może bardziej łososiowy). Rzadko spotykam się z takimi kolorami wśród cieni, a według mnie bardzo ładnie prezentuje się na oku - dziewczęco, ale też oryginalnie. Pigmentacja bardzo dobra, mimo iż cień jest matowy.
Gift Basket - Perła - Perłowy odcień na pograniczu miedzi i brązu. Nie ma za dużo rudych tonów, przez co bardzo mi się podoba. Wg mnie nie jest ani za jasny, ani za ciemny, co również działa na jego korzyść.
Glitz - Perła - Piękny, ciemny, mocny grafit. Na początku bałam się go trochę używać, bo jest naprawdę mocno napigmentowany i w za dużych ilościach prawie czarny. Jednak umiejętnie użyty może dać super efekt na oczach. Bardzo lubię go łączyć z odcieniami takimi jak
Ribbon czy
Pamper.
Celebrate - Perła - Jedna z największych niespodzianek tej palety i równocześnie jeden z ulubieńców, choć nie stosuję go bardzo często. Głęboki, ciemny fiolet, czyli coś, co tygryski lubią najbardziej. Naprawdę przepiękny odcień, przypomina mi fioletowy eyeliner Essence,
03 Berlin rocks (
klik).
Pamper - Mat - Jakoś zawsze łączę go w parę z
Ribbon, pewnie dlatego, że jest to matowy, jasny koral (
Ribbon jest ciemniejszy i bardziej nasycony). Również jeden z ulubieńców, mocno napigmentowany i bardzo dziewczęcy :)
Gateau - Perła - Jak już pisałam, jest to odcień podobny do
Organzy, ma również swój odpowiednik w palecie
The Original i także kojarzy mi się z
Golden Rose Kobo. W porównaniu z
Organzą jest to róż o chłodniejszym odcieniu, ale również ze złotawym połyskiem. Bardzo lubię go stosować na całą ruchomą powiekę, jako bazę pod inne kolory.
The Mail - Mat - Takiego koloru mi brakowało. Matowy, dość dobrze napigmentowany beż. Wg mnie to taki odcień
camel. Idealny do brązowo-beżowych, stonowanych makijaży nude. Często łączę go z odcieniem
Boxed.
Boxed - Mat - Matowy, dość dobrze napigmentowany, chłodny brąz (kawa ze sporą ilością mleka). Nie jest może wybitnie napigmentowany, ale moim zdaniem wystarczająco kryjacy i trudno z nim o plamy. Jak już wspominałam, często łączę go z cieniem
The mail, razem moim zdaniem tworzą stonowany i klasyczny makijaż nude.
Wrapped Up - Mat - Chłodny, zgaszony fiolet. Wydaje mi się, że ma w sobie domieszki brązu. Całkiem dobrze napigmentowany, dobry do podkreślenia załamania. Nie używam go za często, ale czuję, że jeszcze zdążymy się polubić ;).
Noir - Mat - Jak sama nazwa wskazuje, jest to po prostu matowy, baaardzo dobrze napigmentowany, czarny cień. Nie używam czerni w makijażach, chyba, że do zrobienia lekko rozmytej kreski w ramach zamiennika dla eyelienra, kiedy mam ochotę na kreskę w wersji soft.
I dla zainteresowanych, jeden z pierwszych
makijaży, jakie udało mi się zrobić za pomocą paletki. Jestem z niego wyjątkowo zadowolona ;) Zdjęcia niestety robione w sztucznym świetle, ale wydaje mi się, że dobrze oddają rzeczywiste kolory.
Nie pamiętam dokładnie, jakich cieni użyłam, bo makijaż i zdjęcia zrobiłam dość dawno temu. Wydaje mi się, że widzę tutaj
Bow (kącik oka)
, Ribbon (powieka ruchoma na środku)
, Organza (cała powieka ruchoma, nałożony jako baza)
, Celebrate (kreska, dolna powieka i trochę w załamaniu)
i
Glitz (załamanie)
. Tusz to prawdopodobnie
Growing Lashes od Wibo, polecam. Brwi - brązowy korektor do brwi Delii.
PS: Niestety, o ile posta o paletce
The Original dodawałam z wizją ostatniego egzaminu i caaałych ferii przed sobą, teraz już powoli ferie się kończą i już w niedzielę wieczór wracam od Lubego, aby w poniedziałek o 8 rano stawić się na uczelni... :( Niestety podział godzin w tym semestrze bardzo mi nie przypadł do gustu, w dodatku czekają mnie praktyki... Ale cóż, pewnie wszystko wyjdzie dopiero w praniu i może jednak nie będzie tak źle ;) Pociesza mnie nadchodząca wiosna oraz fakt, że być może to już ostatni semestr rozłąki z Lubym, a następny rok akademicki zaczniemy już mieszkając razem! :)