Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sleek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sleek. Pokaż wszystkie posty

31 maja 2012

Podsumowanie akcji "Przeżyć za 50zł w maju" + makijaż

Miesiąc temu pisałam Wam o akcji, do której się przyłączyłam - Przeżyć za 50zł w maju, zorganizowanej przez Belleoleum. Oczywiście chodziło o przeżycie w kosmetycznym tego słowa znaczeniu, na jedzeniu nie oszczędzałam ;) Myślałam, że powiedzie mi się ten piękny plan - cytując samą siebie - "...w końcu to tylko miesiąc, na pewno przeżyję bez kupowania n-tego lakieru do paznokci, kremu do rąk czy balsamu do ust... Prawda?"...
...nie prawda! Chyba muszę iść na jakiś odwyk, bo pierwszą rzeczą jaką w maju kupiłam był balsam do ust, a ostatnią krem do rąk. A te dwie rzeczy wykluczyłam jako pierwsze przy myśleniu o akcji. Jednak mimo to czuję się nieco usprawiedliwiona, bo niemal wszystkie rzeczy kupiłam głównie dlatego, że trwała na nie promocja/była to limitka/naprawdę tego potrzebowałam. Naprawdę!


Jak widzicie na zdjęciu, zakupy wcale nie są jakieś obfite. Poniżej lista, wraz z ceną i moim usprawiedliwieniem ;)
  • Schwarzkopf, Perfect Mousse, farba do włosów w odcieniu orzech laskowy - 17,99zł - Rossmann! To jego wina. Powoli zbliża się czas ponownego farbowania, to jest moja ulubiona farba od kilku miesięcy, a Rossmann zrobił na nią promocję... Tę farbę zawsze kupuję tylko na promocji (która jest aktualna średnio co 2-3 gazetkę), więc nie był to impuls, a raczej przejaw oszczędności! :P
  • Isana, krem do rąk migdałowy - 4,99zł - Bo na blogu którejś z Was się na niego natknęłam (chyba był to blog Zoili), a ja po prostu kocham migdały... W dodatku to limitka! Wiem, że mam chyba 3 kremy do rąk "na wykończeniu" i żadnego jakoś skończyć nie mogę, dlatego tego nie używałam ani raz i czeka na swoją kolejkę. Nie ścierpiałabym, gdyby go wycofali, a ja nie zdążyłabym go przetestować.
  • Carmex miętowy w tubce - ok. 7zł - Przyznaję, był kupiony głównie jako poprawiacz humoru. Poza tym mój Tisane dobijał dna, a to była nowość, w dodatku nowość na promocji... Więc wpadł do koszyka. Na początku mi strasznie nie spasował jego smak i zapach, ale w upały to właśnie zapach stał się jego głównym atutem - cudownie orzeźwia ;).
  • Max Factor, podkład Smooth Effect Foundation - 25zł - To jest najbardziej usprawiedliwiony zakup ze wszystkich. Podkład z Catrice właśnie dobił dna, a ten Max Factora ma b. dobre opinie na Wizażu no i w dodatku był w takiej fajnej promocji. 
  • L'biotica, BioVax - Opti Cure - Odżywcze serum do paznokci - 13zł - Wypatrzyłam je w "mojej" aptece miesiąc wcześniej (właściwie aptekę odwiedzam tylko raz w miesiącu, po pewne kobiece tabletki :P), ale wtedy go nie wzięłam, bo miałam zawsze pomalowane paznokcie i jego kupno wydało mi się czystą zachcianką. Ale w tym miesiącu stwierdziłam, że to dobra okazja, aby je przetestować, bo paznokcie mi trochę osłabły, musiałam je skrócić no i nie malowałam ich przez jakieś 2 tygodnie, co było świetną okazją do przetestowania serum. 
Podsumowując: 68zł... Gdyby nie ta głupia promocja na farbę zmieściłabym się jak nic! ;)

Na koniec mam dla Was jeszcze makijaż, jaki zmalowałam któregoś dnia przy użyciu paletki Sleek Original. Totalnie improwizowany, jak każdy mój makijaż, koniec końców kojarzy mi się nieco z pawim okiem ;).

PS: Luźna refleksja: patrząc na to zdjęcie wydaje się, jakbym miała pół oka brązowego... Hmm, dziwne, bo faktycznie momentami mam taką piwną obwódkę wokół źrenicy, ale jak patrzę w luterko np. teraz, obwódka jest niewidoczna... Cóż, nigdy nie wiedziałam, jaki konkretnie kolor mają moje oczy i chyba tak pozostanie... ;)

23 lutego 2012

Sleek I-divine Palette - Oh So Special + makijaż + odrobina prywaty ;)

Pod koniec stycznia recenzowałam dla Was paletkę Sleeka The Original (klik). Teraz przyszedł czas na paletkę, która zrobiła dużo szumu wśród bloggerek i stała się prawdziwym hitem - Oh So Special. Paletkę kupiłam razem z The Original i mimo iż był to zakup raczej nieplanowany, nie żałuję ani trochę wydanych pieniędzy!


Oh So Special to paletka na pozór do spokojnych, dziennych makijaży. Jednak pozory mylą! Poza delikatnymi beżami i różami, w paletce znajdziemy też ciemne brązy, fiolety czy grafity, które pozwolą wykonać mocny makijaż. Jest to więc paletka bardzo uniwersalna, choć z drugiej strony utrzymana raczej w jednej gamie kolorystycznej - dominują beże, brązy i róże, choć znajdziemy też fiolety i mocny grafit. Cienie mają wykończenie zarówno perłowe, jak i matowe.


O paltece samej w sobie pisałam już przy okazji recenzji The Original, więc pozwolę sobie oszczędzić powtarzania informacji. Skrótowo napiszę tylko, że paletka jest solidnie i estetycznie wykonana, mieści 12 cieni i wyposażona jest w spore lusterko oraz raczej bezużyteczny aplikator. Ta paletka posiada także zabezpieczającą folię, na której nadrukowane są nazwy cieni, co bardzo mi się podoba. Niestety nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia, za to podpisałam cienie "ręcznie" w programie graficznym ;).


Również jeśli chodzi o jakość cieni, powtarzam swoją opinię odnośnie The Original. Cienie mają z reguły bardzo dobrą pigmentację (zdarzają się lepsze i gorsze, ale większość jest świetna). Perłowe odcienie są bardziej napigmentowane od matów, ale na te drugie też nie można narzekać. Niezadowolona jestem jedynie z odcienia bow - nawet nałożony na bazę jest prawie niewidzialny... Cienie na bazie wytrzymują cały dzień. Podobnie jak w przypadku The Original, w obszarze palety niemal każdy kolor pasuje do każdego, co pozwala stworzyć mnóstwo kombinacji w makijażu. Cienie aplikuje się bez problemu, czasaaami zdarza im się lekko osypać,  ale z reguły są świetne we współpracy. Fantastycznie się blendują.

Bow - Mat - Z tego cienia jestem najmniej zadowolona. To matowy cień o odcieniu kości słoniowej, jednak na skórze jest niemal niewidoczny. Delikatnie rozświetla oko, ale jest to naprawdę delikatny efekt, cień bowiem właściwie w ogóle nie pokrywa powieki kolorem.

Organza - Perła - Bardzo podobny cień znajdziemy w paletce The Original. Przypomina mi trochę cień Kobo Golden Rose, jest to bowiem różowy kolor z delikatnym złotym błyskiem. Jego brat w OSS to Gateau, który ma nieco jaśniejszy odcień.

Ribbon - Mat - Jeden z moich paletkowych ulubieńców. Żywy, piękny koralowy odcień (lub może bardziej łososiowy). Rzadko spotykam się z takimi kolorami wśród cieni, a według mnie bardzo ładnie prezentuje się na oku - dziewczęco, ale też oryginalnie. Pigmentacja bardzo dobra, mimo iż cień jest matowy.

Gift Basket - Perła - Perłowy odcień na pograniczu miedzi i brązu. Nie ma za dużo rudych tonów, przez co bardzo mi się podoba. Wg mnie nie jest ani za jasny, ani za ciemny, co również działa na jego korzyść.

 Glitz - Perła - Piękny, ciemny, mocny grafit. Na początku bałam się go trochę używać, bo jest naprawdę mocno napigmentowany i w za dużych ilościach prawie czarny. Jednak umiejętnie użyty może dać super efekt na oczach. Bardzo lubię go łączyć z odcieniami takimi jak Ribbon czy Pamper.

Celebrate - Perła - Jedna z największych niespodzianek tej palety i równocześnie jeden z ulubieńców, choć nie stosuję go bardzo często. Głęboki, ciemny fiolet, czyli coś, co tygryski lubią najbardziej. Naprawdę przepiękny odcień, przypomina mi fioletowy eyeliner Essence, 03 Berlin rocks (klik).

Pamper - Mat - Jakoś zawsze łączę go w parę z Ribbon, pewnie dlatego, że jest to matowy, jasny koral (Ribbon jest ciemniejszy i bardziej nasycony). Również jeden z ulubieńców, mocno napigmentowany i bardzo dziewczęcy :)

Gateau - Perła - Jak już pisałam, jest to odcień podobny do Organzy, ma również swój odpowiednik w palecie The Original i także kojarzy mi się z Golden Rose Kobo. W porównaniu z Organzą jest to róż o chłodniejszym odcieniu, ale również ze złotawym połyskiem. Bardzo lubię go stosować na całą ruchomą powiekę, jako bazę pod inne kolory.

The Mail - Mat - Takiego koloru mi brakowało. Matowy, dość dobrze napigmentowany beż. Wg mnie to taki odcień camel. Idealny do brązowo-beżowych, stonowanych makijaży nude. Często łączę go z odcieniem Boxed.

Boxed - Mat - Matowy, dość dobrze napigmentowany, chłodny brąz (kawa ze sporą ilością mleka). Nie jest może wybitnie napigmentowany, ale moim zdaniem wystarczająco kryjacy i trudno z nim o plamy. Jak już wspominałam, często łączę go z cieniem The mail, razem moim zdaniem tworzą stonowany i klasyczny makijaż nude.

Wrapped Up - Mat - Chłodny, zgaszony fiolet. Wydaje mi się, że ma w sobie domieszki brązu. Całkiem dobrze napigmentowany, dobry do podkreślenia załamania. Nie używam go za często, ale czuję, że jeszcze zdążymy się polubić ;).

Noir - Mat - Jak sama nazwa wskazuje, jest to po prostu matowy, baaardzo dobrze napigmentowany, czarny cień. Nie używam czerni w makijażach, chyba, że do zrobienia lekko rozmytej kreski w ramach zamiennika dla eyelienra, kiedy mam ochotę na kreskę w wersji soft.

I dla zainteresowanych, jeden z pierwszych makijaży, jakie udało mi się zrobić za pomocą paletki. Jestem z niego wyjątkowo zadowolona ;) Zdjęcia niestety robione w sztucznym świetle, ale wydaje mi się, że dobrze oddają rzeczywiste kolory.


Nie pamiętam dokładnie, jakich cieni użyłam, bo makijaż i zdjęcia zrobiłam dość dawno temu.  Wydaje mi się, że widzę tutaj Bow (kącik oka), Ribbon (powieka ruchoma na środku), Organza (cała powieka ruchoma, nałożony jako baza), Celebrate (kreska, dolna powieka i trochę w załamaniu) i Glitz (załamanie). Tusz to prawdopodobnie Growing Lashes od Wibo, polecam. Brwi - brązowy korektor do brwi Delii.

PS: Niestety, o ile posta o paletce The Original dodawałam z wizją ostatniego egzaminu i caaałych ferii przed sobą, teraz już powoli ferie się kończą i już w niedzielę wieczór wracam od Lubego, aby w poniedziałek o 8 rano stawić się na uczelni... :( Niestety podział godzin w tym semestrze bardzo mi nie przypadł do gustu, w dodatku czekają mnie praktyki... Ale cóż, pewnie wszystko wyjdzie dopiero w praniu i może jednak nie będzie tak źle ;) Pociesza mnie nadchodząca wiosna oraz fakt, że być może to już ostatni semestr rozłąki z Lubym, a następny rok akademicki zaczniemy już mieszkając razem! :)

29 stycznia 2012

Sleek I-divine Palette - The Original

Na początku roku, w ramach wykorzystania pieniędzy, jakie dostałam od Babci na imieniny, postanowiłam w końcu zrealizować jedną z moich kosmetycznych "zachcianek" i zakupić dwie rzeczy, które dość długo widniały na mojej wishliście - a mianowicie dwie paletki I-divine Sleek - Original i Oh So Special.
W sumie to Oh So Special nie planowałam kupić, było to raczej spontaniczne (po prostu pewnego dnia stwierdziłam, że jednak ją chcę :P). Recenzję tej paletki umieszczę w przyszłości na blogu, dzisiaj jednak nadszedł czas na moją recenzję i swatche paletki Original.



Kiedy tylko zainteresowałam się Sleekiem i zobaczyłam, że ma w swojej ofercie paletkę Original, wiedziałam, że to będzie pierwszy Sleek jakiego kupię. Są to kolory, które lubię - fiolety, zielenie, niebieskości no i także parę złoto-oliwkowo-brązowych cieni, po które coraz częściej sięgam. W dodatku podoba mi się wykończenie cieni - na powiekach cienie są mieniące, pasowałoby tutaj określenie o "perłowym" wykończeniu, ale nie jest to wg mnie absolutnie kiczowata, tandetna perła.


Paletki Sleek chyba są większości z Was dobrze znane - 12 cieni w ładnej, zgrabnej, czarnej palecie z lusterkiem. Z tyłu nadrukowana jest nazwa paletki, co pozwala na szybką identyfikację ;). Do paletki dołączony był aplikator, jednak nakładam cienie swoimi sprawdzonymi pędzlami, aplikatora nie używałam ani raz.

Jeśli chodzi o cienie same w sobie, wszystkie wg mnie zachowują się bardzo podobnie - mają bardzo dobrą pigmentację (niektóre lepszą, niektóre gorszą, ale ja jestem zadowolona), na bazie trzymają się nienaruszone cały dzień. Niestety, ze swatchy nie jestem do końca zadowolona - cieniami można uzyskać naprawdę mocny efekt bez nakładania nie wiadomo jakiej ilości, choć zdjęcia mogą na to nie wskazywać. Niektóre kolory niestety wyszły na zdjęciach troszkę przekłamane, ale mam nadzieję, że krótki opis z mojej strony nieco ułatwi sprawę ;) W obszarze palety niemal każdy kolor pasuje do każdego, co pozwala stworzyć mnóstwo kombinacji w makijażu. Cienie aplikuje się bez problemu, czasaaami zdarza im się lekko osypać,  ale z reguły są świetne we współpracy. Fantastycznie się blendują. Z tego, co wiem, jest to jedyna paleta, na której cienie nie są podpisane - a szkoda, to dość miły akcent.

 Czerń - Jedyny matowy cień z tej paletki. Nigdy nie używam czarnych cieni w makijażu, chyba że wykonuję nim kreskę zamiast eyelinera, dla łagodniejszego efektu. Cień nie jest moim zdaniem tak napigmentowany, jak mógłby być, ale nie jest źle. Da się nim łatwo zrobić miękką kreskę, a z pomocą płynu do pigmentów Kobo może zastępować czarny eyeliner.


 Fiolet - Piękny, szlachetny fiolet. Jestem całkowitą fioletomaniaczką, więc każdy nowy w mojej kolekcji od razu dostaje się do grona "ulubieńców". Ten kolor bardzo mi się podoba, jest moim zdaniem 100% fioletem, bez domieszek różu, czerwieni czy niebieskiego.


Granat - Jeden z kolorów, który był dla mnie największą (pozytywną) niespodzianką. W palecie wygląda niemal na czarny, jednak przy bliższym przyjrzeniu się widać, że to głęboki, mocny granat. Pięknie wygląda nałożony w załamaniu, dla mnie to świetna alternatywa czerni i innych ciemnych kolorów. 

Niebieski/turkusowy - W rzeczywistości jest to nieco bardziej zgaszony odcień, chociaż nadal dość żywy. Głęboki, intensywny niebieski, ma w sobie odcienie turkusu i błękitu. 

Niebiesko-zielony - To pierwsza nazwa, jaka przyszła mi do głowy. Dość niezidentyfikowany odcień jak dla mnie, taki dość ciemny, metaliczny zielony.  Zdjęcie znów jest nieco przekłamane, w rzeczywistości ten kolor jest nieco ciemniejszy i nieco bardziej zielony.

Zielony - Trochę metaliczny, zgaszony odcień zielonego. Myślę, że będzie bardzo pasował do brązowych oczu, choć w połączeniu z moimi, zielonymi, też wygląda super :)

Złoto-beżowy - Nie jest to w stu procentach kryjący cień, dla mnie raczej to taki złotawo-beżowy pyłek. Bardzo dobrze nadaje się do rozświetlania kącika oka w makijażach o ciepłej tonacji.

Różowo-złoty - Ten i następny cień mają swoje duplikaty w paletce Oh So Special. Na swatchu powyżej tego nie widać, ale jest to bardzo ładny odcień pudrowego różu z domieszką złota. Przypomina mi nieco lżejszą wersję Kobo'wego Golden Rose. Bardzo często go używam jako bazy pod inne makijaże.

Różowo-beżowy? - Dla mnie to najbardziej niezidentyfikowany kolor z całej palety. Zdjęcie nie do końca dobrze oddaje jego odcień. Dla mnie to coś pomiędzy kawą z mlekiem a różowym. Również świetnie nadaje się jako baza pod inne makijaże, jak poprzedni cień. Jego odpowiednik także znajduje się w Oh So Special.

Miedziany - Mocny miedziany kolor, jeden z najbardziej napigmentowanych.

Stare złoto - Lekko brązowe, stare złoto. Przepiękny odcień.

Oliwkowo-złoty - Tak jak napisałam, jest to oliwkowo-złoto-zielony odcień. Znów jeden z najładniejszych, ze złotem tworzy wspaniały duet ;)

To by było na wszystko, moim zdaniem to jedna z najlepszych i najbardziej uniwersalnych palet Sleeka :)
Słońce również robi się coraz przychylniejsze, w miarę możliwości postaram się na blogu dodawać nieco więcej makijaży mojego autorstwa, także z użyciem Sleeków.
A jeśli chodzi o trochę prywaty, to w środę i piątek mam dwa ostatnie egzaminy, a potem zaczynam feeeerie, które potrwają aż do 26 lutego! :) Cudownie :D